Naprzód wyniki przeprowadzonej w dniu wyborów ankiety firmy IPSOS: PiS – 31,5%, PO – 27,3%, PSL – 17%, SLD – 8,8%.. Potem oficjalne rezultaty PKW: PiS – 26,9%, PO – 26,4%, PSL – 23,7% i SLD – 8,8%. Różnice wynoszą zatem: PiS – 4,6%, PO – 0,9%, PSL – 6,7%, SLD – 0%. Ostatni rachunek, to obliczenie, jaką część wielkości mierzonej stanowią te różnice. Otóż dla PiS jest to 17,1%, dla PO – 3,4%, dla PSL – 28,3% i dla SLD oczywiście 0,0%. Tyle goła arytmetyka, którą każdy może sobie sprawdzić sam na piechotę (palce, liczydełko, internet).

Rozbieżności między wynikami sondażu exit poll a wynikami wyborów zdarzają się zawsze. Nie powinny jednak przekraczać 1%-2%, gdyż w przeciwnym razie nie ma sensu wydawać milionów złotych (wróżenie z fusów wychodzi znacznie taniej). Tym razem jednak różnice są nie tyle nawet ogromne, co GIGANTYCZNE – przez co słabo wytłumaczalne od ręki i na zdrowy rozum. Żadna firma socjometryczna za żadne pieniądze nie zaryzykuje przecież całej swojej życiowej reputacji, którą musiałaby stracić, gdyby wytknięto jej fundamentalne błędy w metodyce lub realizacji badania.

Konsultant IPSOS, pan Andrzej Olszewski, tłumaczy różnice wyjątkowo dużą liczbą głosów nieważnych: „– W wyborach na wójtów, burmistrzów i prezydentów głosów nieważnych było 2%, a w wyborach do sejmików prawie 18%. Głosujący po wyjściu z lokalu nie mówią nam, że oddali głos nieważny". Dla mnie to jednak słabe usprawiedliwienie, bowiem ankieterzy jakąś konkretną odpowiedź respondenta słyszeli i, jeśli kwestionariusz był dobrze pomyślany, osoby podsumowujące sondaż powinny szybko zorientować się, że coś nie gra. W przeciwnym razie trzeba by przyjąć, że prawie jedna piąta wyborców nagabniętych po wyjściu z lokalu, nie wiedząc wzajem nic o sobie, w identyczny sposób wprowadzała ankieterów w błąd, i nikt tego ani nie przewidział, ani nie zauważył.

Pomijam kwestię ewentualnych fałszerstw oraz pomyłek w komisjach wyborczych.  Tym zajmuje się policja i prokuratura, do której świadkowie i mężowie zaufania niechybnie złożyli lub złożą stosowne zawiadomienia; ostatecznie zadecydują o tym powszechne sądy. Szykuje się natomiast wielka i ważna dyskusja wśród informatyków i socjologów, o której „Rzepa" z pewnością swoich czytelników poinformuje.

Na koniec polecam – wyjątkowo jak dla mnie! – ładny cytat z anonimowego internetu. Oto fragment polemiki internauty o nicku Globalny z panem redaktorem Michałem Szułdrzyńskim: „Jeśli istnieje procedura (ordynacja), dzięki której nie trzeba gdybać, czy wybory są uczciwe, to nikt nie może nic „ugrać". Szułdrzyński prowadzi rozumowanie "logiczne", ale zaczyna od zawieszenia na kołku głównej przesłanki, która to rozumowanie umożliwia. Należy oddzielić to, że wybory konstrukcyjnie i funkcjonalnie były uczciwe (pobłogosławione ustawowo przez wszystkie siły polityczne), od tego, że liczenie głosów szło po grudzie. Ta podstawowa różnica powinna być od początku jasno wyartykułowana przez każdego szanującego się polityka i każdego szanującego się dziennikarza. Nad tym powinna świecić wielkim neonem myśl zasadnicza: nie ma w demokracji instytucji ważniejszej od uczciwych wyborów. Nie parlament, nie prezydent, nie rząd itd. – tylko wybory. Pod tym zaś powinno stać – mniejszymi literami, ale krwawym pismem – że kto bezzasadnie podważa tę instytucję dla doraźnych celów partyjnych powinien być strącony ze skały".

Obiema rękami podpisuję się pod Globalnym. Amen.