Anna Czepiel: Powinniśmy użyć referendum dla własnych korzyści. I tak – zagłosować, a nie bojkotować

Wszechobecna krytyka referendum może być przejawem niechęci opozycji dla demokracji bezpośredniej. A także objawem samobiczowania się Polaków za ich polityczno-kulturowy „sarmacki anarchizm”, który afirmował silną rolę jednostki władnej zgłosić liberum veto.

Publikacja: 12.10.2023 12:59

Anna Czepiel: Powinniśmy użyć referendum dla własnych korzyści. I tak – zagłosować, a nie bojkotować

Foto: Fotorzepa/ Robert Gardziński

30 października 2023 roku. Nowo zaprzysiężony premier Donald Tusk wygłasza swoje exposé w Sejmie. „Rząd Koalicji Obywatelskiej pragnie oddać należyty szacunek 71 proc. głosujących w referendum obywateli, którzy, wstrząśnięci kryzysem humanitarnym i historiami uchodźców, zagłosowali za zburzeniem muru na granicy z Białorusią” – mówi z dumą i powagą. „Pragniemy także wysłuchać 55 proc. głosujących, zwłaszcza ludzi młodych, którzy świadomi starzenia się społeczeństwa chcieli uniknąć płacenia wyższych podatków na utrzymanie seniorów i zagłosowali w referendum za podwyższeniem wieku emerytalnego”. Na tle osowiałych z powodu utraty władzy posłów Prawa i Sprawiedliwości, deputowani lewicowo-liberalnej większości klaszczą z uznaniem dla lidera Koalicji Obywatelskiej. Przy wątku podwyższenia wieku emerytalnego do oklasków przyłączają się też deputowani Konfederacji.

KO mogło wykorzystać referendum do własnych celów

Tak mogłoby być, gdyby Koalicja Obywatelska i wspierające ją media wybrały inną narrację o zarządzonym przez rząd PiS na dzień wyborów (15 października) referendum. Widząc na początku sierpnia w social mediach „podaną dalej” wypowiedź Ewy Łętowskiej, która instruowała w TVN24, jak odmówić wzięcia karty referendalnej, byłam przekonana, że jest to jednostkowa, radykalna – być może wyrwana z kontekstu – opinia. W następnych dniach okazało się jednak, że bojkot stanowi główną ideę, jaką w temacie referendum mają do zaproponowania zwolennicy opozycji. „Uroczyście przed wami unieważniam to referendum” – powiedział 16 sierpnia Tusk. Teksty znanych publicystów i analityków – np. Ewy Siedleckiej („Polityka”) i Patryka Wachowca (opinia na Money.pl) – przedstawiają pewien schemat: zauważenie nieścisłości czy propagandowego charakteru pytań referendalnych to coś, co należy jak najszybciej „odbębnić”, by wreszcie przejść do wygłoszenia dziwnie radykalnego postulatu, że referendum należy zbojkotować.

Czytaj więcej

Referendum: kiedy głos liczy się do frekwencji, a kiedy nie

A przecież nieścisłości mogły zainspirować do myślenia: wiemy, że za układanymi przez PiS pytaniami kryją się konkretne sugestie odpowiedzi, ale da się też łatwo rozpoznać, jakich odpowiedzi PiS nie chce, czyli jakie są bliskie światopoglądowi liberalnemu. Zamiast ubolewać nad nieprecyzyjnością pojęć „majątek państwowy” i „wyprzedaż”, obywatele mogą rozpoznać, że głosując na „tak”, wybierają wizję gospodarki sprywatyzowanej, konkurencyjnej, niezależnej od politycznych uwikłań, co będzie można próbować egzekwować od przyszłych rządzących. Zamiast tłumaczyć bojkot prawnymi zawiłościami na temat relokacji uchodźców, liberałowie wyznaliby przywiązanie do szlachetnej idei przyjmowania do Polski osób uciekających przed wojnami. Jaki sens ma uzasadnianie bojkotu tym, że pytania referendalne mają ustawiać temat kampanii pod żądze PiS-u, i jednocześnie silne podejmowanie przez KO tematu uchodźców w postaci przedwyborczej premiery i sporu wokół filmu Agnieszki Holland „Zielona granica”? Czy naturalną konsekwencją takiego zaangażowania nie byłaby raczej silna walka o właściwy wybór również w ramach referendum? Jeśli zaś idea bojkotu wynika z chęci uniknięcia przyznania przez KO w kampanii, że potrzebny jest wzrost wieku emerytalnego, to również jest to strategia niesłuszna. Po pierwsze, dotyczy go tylko jedno z pytań. Wyraźne prouchodźcze sympatie liberałów nie stwarzają zaś problemu z rekomendacją odpowiedzi na pytania o migrację. Po drugie, KO może umyć ręce i – aby jeszcze bardziej odróżnić się od PiS – wskazać wyborcom, by głosowali zgodnie z własnym sumieniem. W przypadku parlamentarnego zwycięstwa, KO mogłaby użyć tych odpowiedzi jako dowód, że wola ludu w zakresie zwiększania wieku emerytalnego wcale nie jest aż tak negatywna.

Niewspieranie PiS-u to główne narzędzie opozycji w kampanii

Jak to się stało, że poprzeczka wyznaczająca „niewspieranie PiS-u” została tym razem ustawiona tak absurdalnie wysoko? Co sprawiło, że idea bojkotu referendum upowszechniła się po stronie liberalnej tak bardzo, iż już nawet zagłosowanie w nim (tak jak ja to uczynię) na odpowiedzi przeciwne niż chciałby PiS – a nawet formalne wzięcie udziału, lecz wrzucenie do urny pustej kartki – jest uznawane za zdradę „opozycyjności” i „liberalności”? Odpowiedź brzmi: chodzi o zaślepienie nienawiścią do PiS tak wielkie, że zakłóca nawet strategiczne myślenie opozycji. To właśnie bojkotując referendum, wyborcy lewicowo-liberalni dają Kaczyńskiemu powód do triumfu i manipulacji propagandowych. Jeżeli wezmą w nim udział niemal tylko wyborcy Zjednoczonej Prawicy, wyniki nie będą odzwierciedlać prawdziwego rozkładu opinii wśród Polaków. Za sprawą dezercji liberałów Kaczyński będzie szczycił się w mediach 90-proc. poparciem dla muru na granicy z Białorusią i przedstawiał ten wynik jako prawdę objawioną, pomijając statystyki frekwencyjne. Nawet jeżeli wynik referendum nie byłby wiążący, to chyba lepiej, by poparcie dla kwestii takich jak prywatyzacja czy przyjmowanie uchodźców oscylowało w granicach 50:50 lub 40:60, pokazując bardziej realistyczny – z korzyścią dla opozycji – obraz polskiego społeczeństwa.

Czytaj więcej

Dzisiaj mija ważny termin dotyczący głosowania w wyborach i referendum

„Dziwię się twojemu zdziwieniu bojkotem – powiedział mi zwolennik opozycji. – Wiadomo, że jeżeli PiS organizuje referendum dla własnych korzyści, to PO będzie przeciwko temu referendum. Gdyby rozmawiał z tobą Machiavelli, powiedziałby: proszę nie mówić, jak być powinno, bo jest jak jest”. Ale czy rzeczywiście to sympatykom opozycji, którzy przeciwstawiają się bojkotowi referendum, brakuje zdrowego makiawelizmu? A może to nawołujący do referendalnej dezercji opozycyjny mainstream stoi na straży idealistycznej wizji polityki jako walki Dobra ze Złem, w której troska o czystość przestrzegania dogmatu zastępuje polityczną przebiegłość? Wręcz religijnym dogmatyzmem i przewagą etyki przekonań nad etyką skutków jest niechęć do zbrukania się dotknięciem czegokolwiek związanego z PiS: celem jest „niezwiększanie frekwencji Kaczyńskiemu”, nawet jeśli wyborca odpowie na pytania referendalne zgodnie ze światopoglądem lewicowo-liberalnym. Tymczasem zamiast obrażać nielubianego kolegę brakiem obecności na jego urodzinach, możemy na nie pójść, żeby pobawić się jego fajnymi zabawkami.

Chodzi tylko oto, aby nie zwiększyć PiS-owi frekwencji

„Referendum służy partykularnym celom rządu”, „referendum służy wywołaniu strachu u obywateli”, „referendum chce zrobić z wyborcy głupka” – słyszymy, ale ja zrobię tak, że referendum będzie służyło właśnie mnie. Zaś w wymiarze kolektywnym relatywistyczny element polegałby na zmianie nadrzędnej wartości z „niezwiększania frekwencji PiS-owi” na „godne zaprezentowanie idei liberalnej w referendum”. To świadome zignorowanie propagandowego wymiaru referendum oraz próba dumnego „przekabacenia” głosowania na swoją stronę byłyby pozytywnie rozumianym makiawelizmem i relatywizmem. Ale ponieważ dojdzie tu jednak do dopuszczenia referendum jako swoistego „dobra wspólnego”, czyli służącego interesom zarówno wyborców KO, jak i PiS oraz innych ugrupowań, makiawelizm ten jednocześnie zawierałby element idealistyczny. Promowałby bowiem wartości takie jak poczucie zamieszkiwania wszystkich w jednym kraju. Chodzi o swoiste „ciepło”, jakie wynika z uznania, że o ile mogą nas drastycznie dzielić odpowiedzi na konkretne pytania referendalne i chęć (w duchu narcyzmu indywidualnego bądź grupowego) „ugrania” czegoś na nich, „wyzłośliwienia się” na nielubianych politykach jak Kaczyński czy Tusk, to jednak są wartości nienaruszalne, czyli sam fakt odbycia się referendum. Jego normalność.

Czytaj więcej

Kłopotliwa cisza wyborcza także w kampanii referendalnej

W wątku „aktywnego zamieszkiwania” kryje się zaś inna, bardziej filozoficzna odpowiedź, dlaczego wezwanie do bojkotu referendum tak łatwo pojawiło się w głowach liberalnych polityków i publicystów. Nie wystarcza tutaj sam argument „z nienawiści do PiS-u”. Gdyby okładka „Polityki” z hasłem „Referendum horrendum” pojawiła się w Szwajcarii, miałaby sens: oto jedno z licznych u nas referendów będzie tak źle zorganizowane, że uczciwie przyznajemy, iż nie będziemy w nim brać udziału. W przypadku Polski padające dziś często z ust komentatorów antypisowskich słowa o „kompromitacji pięknej idei referendum” to raczej krokodyle łzy, skoro każda propozycja referendum po 2003 r. nazywana była „hucpą” i „kompromitacją”. Sądzę, że – choć proces ten nie zawsze jest uświadomiony – niechęć do PiS jest tu tylko pretekstem do głoszenia tradycyjnych, lecz w Polsce wręcz neofickich obaw liberałów przed demokracją bezpośrednią.

Bogdan de Barbaro i Jacek Czaputowicz nie dbają oto, co chce obywatel

Tylko dokonana w XIX w. przez Benjamina Constanta (i na różne sposoby później powtarzana) krytyka „sprawowania suwerenności bezpośrednio”, przy jednoczesnym poparciu dla „sprawowania suwerenności w ustalonych i rzadkich okresach zawsze jedynie, by się jej wyrzec” (czyli by wybrać przedstawicieli), mogła stworzyć uprzedzenie sprawiające, że prof. Bogdan de Barbaro powiedział „Newsweekowi” o referendum: „Nie chcę brać udziału w meczu, w którym sędziego wyznaczają przeciwnicy”. Jeśli bowiem komentator boi się, że referendum może zostać sfałszowane, to dlaczego nie myśli tego samego o wyborach parlamentarnych i nie daje instrukcji, aby również w nich nie brać udziału?

Również szczególna troska prof. Jacka Czaputowicza o to, by w spisie wyborców nie było adnotacji, że ktoś nie pobrał karty referendalnej, już jest czyniona w paradygmacie myślenia, iż największym i najświętszym prawem obywatela jest wolność od polityki – odmowa wzięcia udziału w referendum, a nie zagłosowanie tak, jak ów obywatel chce. Owszem, oddanie głosu nieważnego, głosu z wulgaryzmami i malunkami, byłoby sprzeciwem wobec sugestywnych PiS-owskich pytań. Bojkot referendum należy jednak do innej, niebezpiecznej ligi działań: jest rezygnacją z dawnego przez tę instytucję pola do obywatelskiego działania.

Czytaj więcej

Sondaż: Ilu Polaków zamierza wziąć udział w niedzielnym referendum

Zadziwiający, dogmatyczny antyreferendalny sposób myślenia osiąga kulminację zarówno w haśle kampanii zorganizowanej przez m.in. Amnesty International, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Forum Obywatelskiego Rozwoju („Nie daj sobie wcisnąć referendum. Idź na wybory, tylko one mogą coś zmienić”), jak i na plakacie PO („15-tego powiedz NIE rządowi PiS. Referendum to ściema!”). Niezgodne z rzeczywistością jest tu przedstawienie referendum jako czegoś, co odciąga wyborców od głosowania w wyborach. Z realistycznego punktu widzenia antypisowski głos oddany w referendum powinien być dla liberalnych partii i organizacji jeśli nie pozytywny, to przynajmniej neutralny. Tu przeciw niemu organizowane są osobne kampanie. Treść haseł zdradza głęboko ukryty lęk organizatorów, że szeroko pojęty antypisowski odbiorca kampanii może czerpać satysfakcję zarówno z zagłosowania za swoim kandydatem do Sejmu i Senatu, jak i ze sprawowania suwerenności bezpośrednio w referendum.

Opozycja obawia się samostanowienia obywateli

Zapewne Benjamin Constant dobrze wiedział, że ta – jego zdaniem rzekomo charakteryzująca „biednego” – satysfakcja z osobistego przemawiania, współdecydowania i pilnowania spraw zamiast tylko delegowania zadań innym tak naprawdę wiąże się z dumnym, romantycznym przekonaniem jednostki o własnej zdolności do refleksji politycznej. Według pewnego typu liberalizmu problem tkwi nie w samych odpowiedziach na pytania referendalne, ale w systemie, który dumę umożliwia. Apele o bojkot referendum – w przeciwieństwie do dużo rzadszych apeli o zagłosowanie na odpowiedzi antypisowskie – mają coś z absurdalnego zbiorowego samoponiżenia obywateli: nie, w imię idei liberalnej nie chcemy głosować w referendum, nie organizujcie go dla nas. Nie jesteśmy przecież tacy ważni...

Sądzę, że – choć proces ten nie zawsze jest uświadomiony – niechęć do PiS jest tu tylko pretekstem do głoszenia tradycyjnych, lecz w Polsce wręcz neofickich obaw liberałów przed demokracją bezpośrednią

Automatyczność krytyki referendów jako „hucp” i „zabaw” oraz belferskie przypominanie o art. 125 konstytucji (według którego referendum odbywa się tylko w sprawach szczególnej wagi dla państwa, czego dosłowna interpretacja wyklucza kwestie takie jak likwidacja gimnazjów, JOW-y czy aborcja) pokazują, że wątpliwe jest, aby następne referendum – nawet zorganizowane nieco lepiej lub przez inne stronnictwo – zostało przyjęte bez histerycznych i absolutyzujących reakcji. Z jednej strony chcemy ponoć, by piękna idea nie była kompromitowana, z drugiej strony owa troska o „czystość” referendum jest tak wielka i dogmatyczna, że całkowicie blokuje demokrację bezpośrednią. Należy raczej uznać, że czymś normalnym jest używanie referendum do partykularnych celów przez polityków go proponujących, lecz obywatele mogą go użyć dla własnych korzyści. Jeżeli w najbliższym czasie nie zaczniemy normalizować demokracji bezpośredniej, to być może nie doczekamy się jej już nigdy; tracimy tylko kolejne szanse. A tym samym – nie doczekamy się depolaryzacji naszej polityki. Możliwość głosowania na konkretne sprawy daje bowiem możliwość odejścia od ogólnych ideowych etykiet i ślepego podążania za jednym czy drugim przywódcą i „bańką towarzyską”. Obywatel staje w obliczu swojej sprawczości i zarazem samotności. Należy także zastanowić się, czy tak nadmiarowe lewicowo-liberalne potępianie tego i innych referendów (ale też promująca narodową homogeniczność PiS-owska dezynwoltura w sugerowaniu „prawidłowych” odpowiedzi) nie jest formą samobiczowania się Polaków za ich – afirmujący silną rolę jednostki władnej zgłosić liberum veto – polityczno-kulturowy „sarmacki anarchizm”, który w dzisiejszych z czasach mógłby przełożyć się na system oparty na demokracji bezpośredniej.

Autor

Anna Czepiel

Filozofka, politolożka, poetka, autorka książek „Szczęśliwy człowiek kontra dobry obywatel?” oraz „Ontologia symetryzmu”

30 października 2023 roku. Nowo zaprzysiężony premier Donald Tusk wygłasza swoje exposé w Sejmie. „Rząd Koalicji Obywatelskiej pragnie oddać należyty szacunek 71 proc. głosujących w referendum obywateli, którzy, wstrząśnięci kryzysem humanitarnym i historiami uchodźców, zagłosowali za zburzeniem muru na granicy z Białorusią” – mówi z dumą i powagą. „Pragniemy także wysłuchać 55 proc. głosujących, zwłaszcza ludzi młodych, którzy świadomi starzenia się społeczeństwa chcieli uniknąć płacenia wyższych podatków na utrzymanie seniorów i zagłosowali w referendum za podwyższeniem wieku emerytalnego”. Na tle osowiałych z powodu utraty władzy posłów Prawa i Sprawiedliwości, deputowani lewicowo-liberalnej większości klaszczą z uznaniem dla lidera Koalicji Obywatelskiej. Przy wątku podwyższenia wieku emerytalnego do oklasków przyłączają się też deputowani Konfederacji.

Pozostało 94% artykułu
Opinie polityczno - społeczne
Daria Chibner: Dlaczego nad morzem jest drogo, czyli o kebabach, skąpych turystach i egoizmie
Opinie polityczno - społeczne
Michał Szułdrzyński: Kukiz z Ardanowskim. Mały sojusz, który może wstrząsnąć wielkimi planami Kaczyńskiego i PiS
Opinie polityczno - społeczne
Joanna Ćwiek-Świdecka: Czym różni się Jarosław Kaczyński od Janusza Korczaka?
felietony
Gambit Emmanuela Macrona i polskie karpie cieszące się na Wigilię
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Opinie polityczno - społeczne
Daniel Jankowski: W upamiętnianiu powstania warszawskiego nie chodzi o spieranie się, czy było warto
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą