Przypomina się Gruzja, rok 2008. Świat był inny. Rosja groźna jak dziś, choć niewielu to umiało dostrzec. Wtedy do Tbilisi podczas rosyjskiej inwazji wyruszył prezydent Polski Lech Kaczyński, któremu towarzyszyli przywódcy Ukrainy, Litwy, Estonii i Łotwy. Siedem lat później przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska odwiedził wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden (przedstawił się jako „Bideński”). „Patrzyłem (w 2008) tam na ciebie z wielkim uznaniem” – powiedział do szefa RE. „Dziękuję ci za komplement, Joe, ale mnie tam nie było. To był nasz prezydent Lech Kaczyński” – odparł Donald Tusk. Opisał to w swojej książce „Szczerze”. Teraz Joe Biden jest prezydentem i lada moment odwiedzi Polskę, a prawie cały Zachód nie ma wątpliwości, jakim państwem jest Rosja – dostrzega to, o czym krzyczeli uczestnicy wyprawy do Tbilisi.

Teraz wielkie uznanie należy się premierom Polski, Czech i Słowenii – Mateuszowi Morawieckiemu, Petrowi Fiali i Janezowi Janšie – oraz wicepremierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Moim zdaniem, a byłem w sierpniu 2008 r. w stolicy Gruzji, sytuacja na terytorium Ukrainy, w tym w Kijowie i okolicach, jest bardziej niebezpieczna niż wtedy w Tbilisi. Wówczas na ulicach były dziesiątki tysięcy Gruzinów protestujących przeciwko rosyjskiej agresji, teraz kijowianie, ci, którzy nie bronią swojej ojczyzny, siedzą w domach, w schronach, po kolejnym bombardowaniu władze stolicy wprowadziły godzinę policyjną, która trwa półtorej doby.

Czytaj więcej

Premierzy Czech, Polski i Słowenii przybyli do Kijowa

Wyprawa do Kijowa to akt solidarności z Ukraińcami, z wielkim oddaniem walczącymi z najeźdźcą, który chce ich zabić, ubezwłasnowolnić, pozbawić terytorium. Można sobie zadać pytanie, dlaczego tylko przywódcy tych trzech państw Unii Europejskiej się na to zdecydowali. Dlaczego nie ma wśród nich np. Emmanuela Macrona, prezydenta przewodzącej Wspólnocie Francji, wzorującego się ostatnio ubiorem i niedogoleniem na Wołodymyrze Zełenskim. I rozumiejącego w przeciwieństwie do poprzednika z 2008 r., jakie są konsekwencje ulegania Rosji. Gdzie są inni?

Postawienie takiego pytania nie oznacza braku docenienia postawy Zachodu – poprzez sankcje i dostawy broni wspiera on ofiarę inwazji w sposób, o którym Gruzinom kilkanaście lat temu mogło się tylko śnić. Misję do Tbilisi zignorowano, teraz jej przesłanie dociera na stary Zachód.

Sankcje i dostawy broni na razie nie powstrzymały Władimira Putina, chce dalej mordować. Warunki przerwania ognia, które stawia Ukrainie (spowodujcie, by Zachód zdjął sankcje, i na zawsze pozostańcie pod naszą kontrolą, a część terytorium zabraliśmy i nie oddamy), są nie do przyjęcia. I dlatego tak ważna jest ta wyprawa do Kijowa: to znak, że na bezczelne żądania Kremla nie ma i nie będzie zgody, choć sankcje uderzają i w nas, w Zachód.

Z misją europejską pojechali do Kijowa politycy spoza unijnego mainstreamu. Z błogosławieństwem Brukseli. Sami w ten sposób także docenili Unię Europejską, chcą do niej wciągnąć Ukrainę. Zachód, Europa pod wpływem rosyjskiej inwazji przeżywają wielkie przemiany. O ich trwałości zadecyduje też to, jak ta wojna się skończy. Jaka z niej wyjdzie Ukraina i jacy wyjdziemy my.