Reklama

Francja. Powrót „Żółtych Kamizelek"

Ruszyły przygotowania do protestów, które począwszy od 10 września mają sparaliżować cały kraj. Jak przed siedmioma laty.

Publikacja: 21.08.2025 18:48

Emmanuel Macron

Emmanuel Macron

Foto: REUTERS/Yves Herman/Pool

Tym razem lewica już tego nie przegapi. Jesienią 2018 roku dała się zaskoczyć szerokim ruchem blokad dróg i starć z policją, których punktem wyjścia było podniesienie przez świeżo wybranego Emmanuela Macrona cen oleju napędowego. I choć protesty wygasły dopiero po dwóch latach, ugrupowania lewicowe nie wykorzystały ich do powrotu do władzy.

Dlatego w ten czwartek, inaugurując „letni uniwersytet” w Valence, sekretarz generalny radykalnie lewicowego ruchu Francja Niepokorna (FI) Manuel Bompard zapowiedział „pełne wsparcie” dla nabierającej rumieńców oddolnej inicjatywy „bloquons tout” (Zablokujmy wszystko). Tego samego dnia na drugim końcu kraju, w Strasburgu, liderka ugrupowania Ekolodzy Marine Tondelier przyłączyła się do tego poparcia. Wcześniej w tym samym kierunku poszli Komuniści. I ku temu samemu skłaniają się Socjaliści. 

Czytaj więcej

„Żółte kamizelki” przyszły protestować mimo epidemii. Policja blokuje centrum Paryża

Nikt nie będzie chciał już udzielać Francji pożyczek – ostrzega premier Bayrou

Iskrą, która wyzwoliła protesty, okazał się projekt budżetu na przyszły rok przedstawiony w środku lata przez premiera François Bayrou. Zakłada on aż 44 mld euro oszczędności, czy to w formie wyższych podatków, czy ograniczenia wydatków.

Za szczególnie prowokacyjny wielu uważa pomysł likwidacji dwóch spośród jedenastu dni wolnych od pracy: poniedziałku Wielkanocnego i rocznicy zakończenia II wojny światowej 8 maja. Ale wiele kontrowersji wywołuje też pomysł zamrożenia wartych 1,7 biliona euro wydatków socjalnych, co przekłada się na ich realne obniżenie o wielkość inflacji. Lewica uważa, że ciężar uzdrowienia państwa nie jest rozłożony sprawiedliwie. Wskazuje w szczególności na brak przywrócenia podatku od wielkich fortun. Macron skasował go już lata temu, aby przyciągnąć nad Sekwanę wielkie inwestycje. 

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Francja żegna się z Afryką. Znikają bazy wojskowe

Tylko czy Francja ma wybór?

– Każdy następny rząd stanie przed tym samym problemem. Możemy to czy tamto zmienić w moim projekcie. Ale jeśli nie zdecydujemy się na proponowaną skalę oszczędności, nikt nie będzie chciał nam udzielać pożyczek. Każdej sekundy zobowiązania kraju rosną o 5 tys. euro – zwrócił się w dość dramatycznym apelu do narodu Bayrou. Z tej okazji uruchomił własny kanał na YouTubie.

I faktycznie, premia, jakiej domagają się rynki finansowe za ryzyko zakupu francuskiego długu, już niemal zrównała się z Włochami. W przypadku 10-letnich obligacji wynosiła ona w czwartek 3,44 proc., podczas gdy w przypadku włoskich papierów dłużnych 3,58 proc. Mniej od Francuzów płacą już Hiszpanie, a tyle samo Grecy.

Co prawda zobowiązania Paryża (3,35 bln euro) wynoszą relatywnie mniej (114 proc. PKB) niż w przypadku Włoch (135 proc. PKB). Jednak inaczej niż z Giorgią Meloni, która stoi na czele koalicji mającej stabilną większość w parlamencie i zdołała stopniowo uzdrowić finanse publiczne, Bayrou takiej większości nie ma i nie bardzo wiadomo, jak miałby wymusić oszczędności. Co prawda Macron powiedział w tym tygodniu, że plan budżetowy opracował razem z premierem i go wspiera, jednak nawet deputowani bloku centrowego w parlamencie nie bardzo chcą być kojarzeni z niepopularnym zaciskaniem pasa. W grudniu agencja Moody’s obniżyła ocenę ryzyka kredytowego Francji z Aa2 do Aa3. Uznała także, że w przyszłym roku dług kraju osiągnie 118 proc. PKB.

Le Pen staje przed dylematem: obalić rząd, ale i samej pozostać poza parlamentem

Ale nie tylko na protestach ulicznych może się skończyć. Kiedy w październiku Bayrou przedstawi projekt budżetu, stanie przed bardzo realną groźbą obalenia rządu. – Nic w tym projekcie nie jest do zaakceptowania – przyznają nawet Socjaliści. 

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Francja: Premier Bayrou podpisuje cyrograf z Le Pen

To głosowanie będzie jednak skuteczne tylko wtedy, jeśli przyłączy się do niego skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe. Łącznie cała opozycja ma 364 posłów w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. 

Jeszcze w lipcu lider Zjednoczenia Narodowego Jordan Bardella powiedział, że pomysł likwidacji wspomnianych dwóch dni wolnych od pracy stanowi „potwarz dla korzeni i historii kraju”. Zapowiedział, że skrajna prawica będzie głosowała za wotum nieufności, chyba że Bayrou zasadniczo zmieni swój projekt. Decyzja dla Zjednoczenia Narodowego łatwa nie jest. W marcu historyczna liderka ugrupowania Marine Le Pen została skazana na pięć lat pozbawienia biernego prawa wyborczego. Jeśli więc dojdzie do nowych wyborów parlamentarnych, nie będzie mogła wziąć w nich udziału. Tyle że dziś gros wyborców skrajnej prawicy to dawny elektorat lewicowy, w szczególności gdy idzie o klasę robotniczą. Jest on bardzo przywiązany do praw socjalnych i jeśli Le Pen nie będzie ich bronić, może on pójść gdzie indziej. Ale z drugiej strony Bayrou kusi Zjednoczenie Narodowe wprowadzeniem proporcjonalnej ordynacji wyborczej, dzięki której ugrupowanie zyskałoby jeszcze więcej deputowanych.

Polityka
Rozwód braterskich monarchii. Nie będzie nowego państwa - Arabii Południowej
Polityka
Sędzia blokuje decyzję administracji Trumpa. Dotyczyła stanów rządzonych przez Demokratów
Polityka
Izrael chce zrezygnować z pomocy finansowej USA. W trosce o wizerunek
Polityka
„Dezorientujące” komunikaty Donalda Trumpa wobec Grenlandii. Petteri Orpo: To jego „strategia negocjacyjna”
Polityka
Donald Trump dla „New York Timesa”: Ogranicza mnie tylko moja własna moralność
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama