Ważnym predyktorem pozwalającym przewidywać wyniki wyborcze jest przekonanie poszczególnych grup elektoratu co do tego, kto będzie zwycięzcą. Być może jest to nawet metoda bardziej skuteczna w prognozowaniu ostatecznych rezultatów walki politycznej niż proste pytanie o to, na kogo chce się zagłosować. Dlaczego tak się dzieje? Bo swoje poglądy można chcieć ukrywać (z różnych zresztą powodów), natomiast skutecznym „analitykiem” chce być każdy? Są jednak ważniejsze przyczyny tego zjawiska.

Samospełniająca się przepowiednia

Badania opinii publicznej często mylą się, gdy idzie o to, jaki polityk lub jaka partia zwycięży w wyborach, ale ludzie (w swej masie) zwykle nie popełniają błędu co do tego, kto kogo pokona w politycznej walce. Działa tu trochę mechanizm „sprawdzającej się przepowiedni”. Jeśli miliony klientów jakiegoś banku z pewnego (mniej czy bardziej racjonalnego) powodu będzie przekonanych, że upadnie on w najbliższej przyszłości, to nic już temu bankowi nie pomoże – klienci zaczną wyciągać z niego swoje oszczędności, co w krótkim czasie musi doprowadzić każdą instytucję finansową (nawet największą) do bankructwa.

Marek Migalski

Autor jest politologiem, profesorem Uniwersytetu Śląskiego

Podobnie dzieje się w sferze politycznej – powszechne przekonanie co do powodzenia lub niepowodzenia jakiegoś polityka czy partii skutkuje po pewnym czasie… spełnianiem się tego „proroctwa”. Zarówno biznes, jak i sfera polityki opierają się bowiem na zaufaniu oraz umowności co do tego, jaki podmiot wart jest inwestowania, a jaki na to nie zasługuje.

Przy okazji prawie każdej elekcji parlamentarnej i (zwłaszcza) prezydenckiej obserwujemy gwałtowny wzrost poparcia w końcówce kampanii dla graczy większych (zwłaszcza dla najsilniejszego i uważanego za faworyta), a słabnięcie dla tych, którzy w opinii publicznej uchodzą za słabszych. Ci ostatni skarżą się na to niezmiernie, co kwitowane jest przez wyborców słowami, iż nie chcą oni „zmarnować głosu”.

To zachowanie, choć irytujące, ma swoje uzasadnienie w naszej człowieczej i przedczłowieczej historii, bo było ewolucyjnie opłacalne. Sensowne bowiem na afrykańskiej sawannie było przyłączać się do silniejszego, a w pierwszych ludzkich wspólnotach być w koalicji z dominującym samcem lub z tym, który właśnie ową dominację osiąga. Tego typu strategie znane są nie tylko ludziom, ale także innym gatunkom zwierząt. Zainteresowanych chętnie odeślę do literatury etologicznej i prymatologicznej (doskonałą propozycją na początek jest „Szympansia polityka” Fransa de Waala).

Tusk i inne szatany

Ponad dwa miliony lat ludzkiej ewolucji nauczyło nas stawiać na wygranych i przyłączać się do silniejszych. Postawa ta była ewolucyjnie uzasadniona i racjonalna. Nie dziwmy się zatem, że charakteryzuje także nasze współczesne zachowania polityczne i wyborcze, co widać przy okazji prawie każdej elekcji.

Tak było przez ostatnie lata – badania nieodmiennie wskazywały na PiS jako na ten podmiot, który jest skazany na zwycięstwo. Część wyborców deklarowała, że co prawda zagłosuje na opozycję, ale – niestety – nie wierzy w jej sukces. Taka postawa de facto prowadziła do zwiększania szans wyborczych partii Jarosława Kaczyńskiego i dawała jej dodatkową premię w ostatnich etapach kampanii. Ona także w dużej części tłumaczy kolejne sukcesy Prawa i Sprawiedliwości – pewna część elektoratu postrzegała go fatalistycznie, jako coś, co musi odnieść sukces i jest nie do pokonania (nawet jeśli na owo pokonanie zasługuje).

Czytaj więcej

Sławomir Sowiński: Czas na odważny ruch

I tu zaszła zmiana. Jeśli coś zaczyna się dziać ciekawego w nastrojach społecznych, to właśnie słabnięcie tej narracji. Obecna władza wydaje się coraz większej liczbie wyborców możliwa do obalenia. Co więcej, panuje coraz powszechniejsze przekonanie, że jest to prawie pewne i że w 2023 roku zwycięstwo odniesie dzisiejsza opozycja. Sprzyja temu wiele czynników – wysoka inflacja, podwyżki cen energii, korupcja na szczytach władzy połączona z demoralizacją elity rządzącej, znużenie, epidemia Covid-19 itp. Sondaże pokazują, że obecnie PiS może liczyć na poparcie około 10 punktów procentowych niższe niż to, które Zjednoczona Prawica otrzymała w 2019 roku.

Ale najbardziej niebezpiecznym dla władzy zjawiskiem jest narastające przekonanie wśród obywateli (ale także własnych członków), że jej dni są policzone. Nagle (czy aby na pewno nagle?) PiS zaczęło być postrzegane nie jako skazane na sukces, lecz jako skazane na porażkę. W kontekście tego, co pisałem powyżej, to fatalna dla niego wiadomość. Zaczyna być uważane za „postrzeloną kaczkę” (lame duck), czyli – jak mówi się w amerykańskiej polityce – za kogoś, kto jeszcze sprawuje swój urząd, ale szykuje się do jego oddania.

Równie złym zjawiskiem jest to, że podobnie zaczynają myśleć… działacze i politycy PiS. O ile jeszcze kilka miesięcy temu wszyscy byli przekonani, że będą rządzić do ostatniego dnia świata i jeden dzień dłużej, o tyle obecnie także w ich szeregi wdarł się strach, że to koniec i za chwilę do władzy dojdzie Donald Tusk i „inne szatany”. Musi to skutkować dezercjami, próbami dogadywania się z opozycją, szukaniem swojej szansy poza PiS. To zaś będzie rozwibrowywać obóz władzy i jeszcze bardziej zmniejszać jego szansę na przedłużenie swych rządów. Już można obserwować ten proces, który dotyczy zarówno polityków PiS, jak i tych dziennikarzy, którzy do tej pory karnie bronili partii Jarosława Kaczyńskiego i brutalnie atakowali jej przeciwników.

Potencjalny zwycięzca

Naturalnemu procesowi słabnięcia poparcia dla Zjednoczonej Prawicy towarzyszy bardzo przemyślana strategia opozycji umacniania w wyborcach przekonania o tym, że koniec rządów PiS jest bliski. Przejawia się to w ciągłym podkreślaniu konieczności rozliczeń po wyborach, tego, kto i za co „będzie siedział”, zapowiedziach nowych porządków zaraz po zwycięstwie. Temu także służy publikowanie zupełnie zmyślonych sondaży, które już dziś – rzekomo – dają władzę Koalicji Obywatelskiej i jej sojusznikom. Słynie z tego mecenas Roman Giertych, który nawet wymyśla nazwy sondażowni (np. NOBO, Nowy Ośrodek Badania Opinii) i co chwila publikuje na swoich kontach w mediach społecznościowych kolejne „wyniki”, zawsze pokazujące miażdżące zwycięstwo partii Donalda Tuska (sam tłumaczy, że to kpina z propisowskich sondażowni). I choć jest to proceder co najmniej wątpliwy etycznie, to może odnosić spodziewany skutek, czyli umacniać w elektoracie przekonanie o nieuchronnej wiktorii dzisiejszej opozycji.

Czytaj więcej

Bartosz Rydliński: Jaka Polska po rządach PiS? Pytania do Donalda Tuska

Jeśli owo zjawisko będzie się nasilać, jeśli coraz więcej ludzi będzie przekonanych o nadciągającej porażce PiS, to kontynuowanie rządzenia przez prezesa Kaczyńskiego nie będzie miało miejsca.

Dlatego już na kilka miesięcy przed wyborami będziemy z dużym prawdopodobieństwem wiedzieli, kto w nich zwycięży.

Wystarczy bowiem będzie zapytać Polki i Polaków nie o to, na kogo oddadzą swój głos, ale kogo uważają za potencjalnych zwycięzców. Walka zaś w tym wymiarze odbywa się już dzisiaj, na naszych oczach. Wystarczy tylko je otworzyć.