[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/janke/2010/06/29/najlepszy-duet-dla-polski/" "target=_blank]Weź udział w dyskusji[/link][/b][/wyimek]

Wyobraźmy sobie dwie możliwe wersje rozwoju wypadków. Pierwszy – prezydentem zostaje Bronisław Komorowski. Drugi – w pałacu na Krakowskim Przedmieściu zasiada Jarosław Kaczyński. W obu przypadkach co najmniej przez rok rządem kierować będzie Donald Tusk. Jakie byłyby to prezydentury? Jak wyglądałyby ich relacje z premierem? Co z tego może wyniknąć dla państwa?

[srodtytul]1. Komorowski – Tusk [/srodtytul]

Zacznijmy od wersji z Bronisławem Komorowskim.

[b]Deklaracje współpracy[/b]

Zaczęłoby się bardzo dobrze. Pełna zgoda z premierem, deklaracje współpracy. Prezydent Komorowski zapewne nie narzucałby się aktywnością. Zwłaszcza w pierwszym roku, do wyborów parlamentarnych współpraca obu ośrodków władzy mogłaby być wzorowa. Jeśli wychodziłby z inicjatywą, to zapewne wcześniej uzgodnioną z szefem rządu. Piarowskie służby oby ośrodków dbałyby o to, by pokazywać czasem aktywność prezydenta, ale byłoby to skorelowane z tym, co robi rząd i myśli Donald Tusk.

Trudno spodziewać się jakichś solowych akcji nowego prezydenta w pierwszym okresie. Po pierwsze dlatego, że sporo czasu minie – jak poprzednikom – zanim odnajdzie się w nowym budynku i kompetencjach, a także sytuacji politycznej. Po drugie – jednak wygodniejsze dla niego byłoby, jeśli po wyborach parlamentarnych w Kancelarii Premiera zasiadałby dalej Donald Tusk niż Jarosław Kaczyński, więc do wyborów będzie wspierał Platformę, a na pewno nie działał jej wbrew.

Po wyborach w zależności od ich wyników sytuacja może się zmienić, ale przewidywanie na tamten czas jest wróżeniem z fusów. Jednak nawet jeśli partia Tuska dalej będzie rządziła, prezydent Komorowski zapewne po jakimś czasie będzie próbował wybić się na niepodległość i wtedy czeka nas okres może nie wojny z rządem Tuska (jeśli wciąż będzie on trwał), ale znanej nam już dobrze "szorstkiej przyjaźni".

Czy bliskość polityczna dwóch ośrodków wyjdzie państwu na dobre, czy na złe?

[b]Malutkie kroczki[/b]

Z jednej strony rząd nie będzie mógł już tłumaczyć pasywnej polityki tym, że w pałacu na Krakowskim Przedmieściu rezyduje wrogi prezydent, który zawetuje każdą ważną ustawę. Jeśli reformy będą dalej stać w miejscu, nie będzie wytłumaczenia.

Pytanie: czy po trzech latach rządzenia Donald Tusk i jego ekipa nagle znajdą w sobie energię i wolę, by przed następnymi wyborami parlamentarnymi nagle aplikować społeczeństwu trudne reformy? Trzy lata temu – co prawda już po wyborach – zapowiadali politykę małych kroków i dziś możemy powiedzieć, że słowa dotrzymali. Kroczki był naprawdę malutkie.

Jednak dziś sytuacja wymaga działań mocnych i stanowczych. Edukacja, służba zdrowia, bezpieczeństwo energetyczne i kilka innych dziedzin wymagają działań specjalnych, a nie małych kroków czy bardzo malutkich kroczków. Jeśli nie zrobimy porządku z finansami publicznymi, grozi nam scenariusz grecki. Ponadto wiele mechanizmów państwa ciągle nie działa dobrze. I mamy ogromne szanse na poprawę sytuacji, szanse, wynikające z członkostwa w Unii Europejskiej.

Krytykom sposobu sprawowania władzy przez Donalda Tuska trudno wyobrazić sobie, by rząd, mając niegroźnego mu prezydenta i perspektywę wyborów za rok, sam z siebie nagle zmienił sposób uprawiania polityki. Ale wszystko jest możliwe, ludzie się zmieniają i ugrupowania polityczne też mogą.

Niebezpieczeństwem jest jednak niemal całkowity brak kontroli na rządzącymi. I możliwość przejęcia przez nich tych instytucji, których jeszcze nie przejęli. Całe państwo i wszystkie organy władzy w rękach jednej partii, to nie jest szczególnie dobry scenariusz.

Obawy może budzić los mediów publicznych. Nie tyle dlatego, że mogą zostać przejęte przez "niezależnych ekspertów związanych z Platformą Obywatelska", ale dlatego, że partia Donalda Tuska będzie chciała doprowadzić do ich stopniowej likwidacji. To byłoby niezwykle groźne.

Oczywiście możliwy jest też inny scenariusz. Donald Tusk, wyczuwając znakomicie nastroje społeczne, zdaje sobie sprawę, że po 10 kwietnia oczekiwania Polaków są inne, zmienia sposób rządzenia, pokazuje inną twarz, aktywnego przywódcy, podejmuje kilka ważnych, choć może nie tych najbardziej bolesnych reform. Być może, mając u boku swojego prezydenta, Donald Tusk uzna, że to jest ten historyczny moment, kiedy, mając pełnię władzy, można zacząć naprawdę przebudowywać nasze państwo, że otrzymuje szansę, aby przejść do historii jako mąż stanu i reformator.

Może zda sobie sprawę, że cena za przejęcie wszystkich instytucji państwowych może być wysoka, więc będzie pilnował, by jego partia się nie rozszalała. Dokona kolejnych przegrupowań w Platformie, wzmocni takich ludzi jak Jarosław Gowin, zdecyduje się na przyjęcie jakiejś zmodyfikowanej wersji ustawy medialnej przygotowanej przez twórców... Może.

Który scenariusz jest bardziej prawdopodobny? Osądźcie państwo sami.

[srodtytul]2. Kaczyński – Tusk[/srodtytul]

Teraz wyobraźmy sobie, że w wyborach zwycięża Jarosław Kaczyński. I tu możliwe są dwa różne biegi wypadków.

[b]Arsenał prowokacji [/b]

Pierwszy: Donaldowi Tuskowi trudno znieść zwycięstwo znienawidzonego już przeciwnika i kolejne lata z prezydentem o nazwisku Kaczyński. Rusza szybko do konfrontacji. Uznaje, że osłabiając Jarosława Kaczyńskiego w pałacu, osłabi PiS przed wyborami. Ministrowie i inni politycy przy wsparciu życzliwych mediów wyciągną stary arsenał antykaczystowskich zagrywek i prowokacji.

A prezydent Jarosław Kaczyński po kilku miesiącach prób prowadzenia wyważonej polityki uzna, że skoro druga strona poszła na wojnę, to i on pójdzie na zwarcie. Z ogniem w oczach. Zacznie się nam znany dobrze kolejny rozdział wojny platformersko-pisowskiej, tym razem w jeszcze bardziej ostrym wydaniu. Bo Jarosław Kaczyński potrafiłby pewnie być twardszym i sprytniejszym graczem niż jego świętej pamięci brat.

Tusk zrobi wszystko, by pokazać, że chce reformować. Kaczyński robi wszystko, by pokazać, jak szkodliwe są pomysły rządu – on także musi osłabić konkurenta przed wyborami. Reformy posuwają się niewiele szybciej niż do tej pory, bo w niewielu sprawach udaje się znaleźć porozumienie. Nie udaje się, bo nikt tego nie chce.

Partyjnym interesem PO będzie konfrontacja, w każdym razie do następnych wyborów. Także doradcy prezydenta Kaczyńskiego będą mówić szefowi: czas na współpracę z Tuskiem będzie po wyborach, teraz musisz go osłabić. Bo Polskę, według naszych pomysłów zbudujemy, gdy PiS wygra też wybory parlamentarne.

[b]Polityczna współpraca [/b]

Ale może czeka nas w wypadku zwycięstwa prezesa PiS zupełnie inny scenariusz? Jarosław Kaczyński otoczony jest dziś politykami z miękkiego, centrowego skrzydła Prawa i Sprawiedliwości. Załóżmy, że to, co mówi o potrzebie zakończenia politycznej wojny i współpracy w kilku najważniejszych obszarach, odpowiada jego najgłębszym przemyśleniom po katastrofie smoleńskiej. Dołóżmy do tego fakt, iż specjaliści od badań społecznych mówią mu, że dokładnie tego oczekują wyborcy. Dlaczego więc nie miałby takiej polityki prowadzić?

Jeśli kampania w tym tonie przyniesie mu bardzo dobry wynik, to znaczy, że takiego Kaczyńskiego chcą Polacy. Że akceptują taką politykę i są gotowi wynagrodzić tego, który w taki sposób będzie działał. Kaczyński może uznać, że skoro to pomogło jemu, to może to pomóc i jego partii. A poza tym, trudno naprawdę wykluczyć, że w osobistej perspektywie, po stracie brata, najważniejszym i politycznym, i prywatnym celem Jarosława Kaczyńskiego stało się doprowadzenie państwa do wyższego stadium rozwoju cywilizacyjnego i zapewnienie mu silnej i bezpiecznej pozycji międzynarodowej. I co więcej, że zrozumiał, iż można to osiągnąć tylko porozumiewając się z konkurentami.

Polska jest w stanie wyższej konieczności. Państwo wymaga naprawdę poważnych, szybkich reform. To zadanie jest możliwe do zrealizowania tylko przy dobrej woli najważniejszych graczy. Polsce potrzebni są dziś najsilniejsi politycy. Mający nie tylko jasne wizje polityczne, ale i sprawczą moc. Takich przywódców nie ma u nas wielu. A konkretnie – jest tylko dwóch.

[b]Czego chcemy [/b]

Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Wyrastają zdecydowanie ponad otoczenie. Czy dziś taki duet nie ma szansy, by – działając we wzajemnej konkurencji – dobrze się stymulować? Konkurować nie w tym, który silniej ugodzi przeciwnika, ale w tym, kto ma lepsze pomysły i jest bardziej odpowiedzialny? Czy na Donalda Tuska mobilizująco nie będzie działał właśnie aktywny prezydent z konkurencyjnego obozu, podsuwający co i rusz nowe propozycje rozwiązań, a jednocześnie otwarty na współpracę?

Obaj politycy zdają sobie coraz lepiej sprawę, że dziś, po 10 kwietnia i po wielkiej powodzi, wyborcy nie oczekują już zapewnień o grillu czy wakacjach w Egipcie. Poczucie, że jesteśmy w stanie wyższej konieczności, jest coraz bardziej powszechne. A czas specjalny wymaga specjalnych działań. Są tacy, którzy twierdzą, że duet premier Tusk – prezydent Kaczyński mógłby być najlepszym rozwiązaniem na obecny moment w historii.

Na pytanie, który duet będzie lepszy dla Polski, musi sobie odpowiedzieć każdy z nas. Zastanówmy się, czego na najbliższe lata chcemy, i jaki układ władzy daje większą szansę na jego realizację.