Silne samorządy i silni działacze samorządowi są niewygodni dla partyjnych przywódców. W polskich samorządach partie realizują wyłącznie interesy swoich szefów, którzy stoją wyżej w partyjnej hierarchii. O idei oddawania władzy ludziom na szczeblu lokalnym wszyscy zdążyli już zapomnieć. Doskonale widać to w rozpoczynającej się właśnie kampanii przed wyborami samorządowymi.
Zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska traktują te wybory jako taki sam bój polityczny jak wybory do Sejmu, Senatu i na urząd prezydenta. Samorządy są im potrzebne o tyle tylko, o ile mogą wzmocnić ich ugrupowania. Obie partie są zainteresowane uzyskaniem jak najlepszego wyniku w wyborach do sejmików wojewódzkich, bo tam sposób głosowania jest najbardziej zbliżony do parlamentarnego. Układ w sejmikach może więc odzwierciedlić realne poparcie dla partii.
O co więc chodzi? O demonstrację siły przed zasadniczym starciem. Centrale partyjne mają w głębokim poszanowaniu stan naszych domów, ulic i szpitali. Nie obchodzi ich też to, jak działają ich burmistrzowie i radni. Oczywiście dopóki, dopóty nie wybuchnie jakaś afera. Albo nie nadejdzie czas wyborów. A ponieważ właśnie zbliżają się wybory samorządowe, władze PO i PiS raczyły się nimi zainteresować.
[srodtytul]Partie potrzebne, ale...[/srodtytul]
Rzecz jasna, nie ma nic złego w tym, że partie są obecne w samorządach. Wszak samorząd to ciało polityczne. Trzeba w nim więc uprawiać dobrą lokalną politykę. A partie mogą to samorządom ułatwić dając swoim ludziom odpowiednie zaplecze merytoryczne i organizacyjne.
Bez trudu mogę sobie wyobrazić ogólnopolskie ugrupowanie, które dla swoich działaczy samorządowych tworzy instytuty i ośrodki szkoleń. Ugrupowanie, które ułatwia wymianę doświadczeń miedzy radnymi i burmistrzami, pomaga im wypracować rozwiązania do lepszego zarządzania miastami. Nie słyszałem jednak, aby obecnie działające w Polsce partie chciały poprawić merytoryczną jakość swoich radnych i kandydatów na radnych. Nie słyszałem nigdy, by takie czy inne ugrupowanie przejmowało się, że któryś z ich burmistrzów jest fatalny. A przykłady kiepskich włodarzy, którzy cieszą się poparciem swych partii, można znaleźć bez problemu.
Co robią dziś partie? Jak przygotowują swoich działaczy do służby lokalnym społecznościom? Platforma Obywatelska powołała Akademię Samorządową. A co można znaleźć na jej stronie internetowej miesiąc przed wyborami? Oto cytat: „Aktualności. W tej chwili nie są prowadzone żadne spotkania Akademii Samorządowej”. Idźmy dalej. Dział, w którym można znaleźć materiały przydatne samorządowcom. I cóż widzimy? Na pierwszymi miejscu dokument o … marketingu politycznym. Na drugim o manipulacjach psychologicznych.
Nigdzie, ani na internetowych stronach PO, ani PiS nie znalazłem materiałów, w których burmistrzowie czy prezydenci miast wymienialiby się wiedzą i doświadczeniami. Zadzwoniłem do jednego z samorządowych działaczy Platformy z pytaniem, czy wie coś o jakichś szkoleniach. Potwierdził, że były. Cztery lata temu.
Widać jedyna wiedza, jaka jest potrzebna samorządowcom, to ta z zakresu marketingu, czyli jak wygrywać wybory.
Jak bardzo partie niszczą istotę samorządności, pokazuje najlepiej proces układania partyjnych list. Wielu kandydatów trafia na nie nie wskutek szczególnej aktywności w swoim mieście, ale w wyniku szczególnych układów z władzami partii. Zapewne większość lokalnych działaczy, zmuszonych do wyznania prawdy, wskazałaby nazwiska osób, które zostały im narzucone z góry. Czyli narzucone przez ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym, co dzieje się w danym mieście czy gminie. Bo to nie ma znaczenia.
Znaczenie ma zaś to, czy w krytycznych momentach można będzie tych działaczy użyć do rozmaitych gier. Radni poddawani są bowiem wojskowemu drylowi podczas głosowań i – zwłaszcza w większych ośrodkach – muszą kierować się w nich wskazówkami partyjnymi.
[srodtytul]Premier twarzą samorządów[/srodtytul]
To, jak traktowani są lokalni działacze, pokazuje też sposób ich promowania. Wystarczy wyjrzeć na ulicę. Co widzimy? Wielkie billboardy z twarzą Donalda Tuska i hasłem: „Nie róbmy polityki. Budujmy Polskę”. Platforma narzuciła wszystkim lokalnym kandydatom to, jak ma wyglądać ich kampania. W całej Polsce wyborcy dostaną identyczne ulotki, tylko twarz Tuska zostanie na nich zamieniona na twarze lokalnych działaczy. Ale i tak w kampanii najważniejszy pozostanie Tusk. To on ma ciągnąć tę kampanię. To nim możemy się chwalić, a nie wami, lokalnymi działaczami – zdają się mówić partyjni szefowie. Obywatele mają wybrać nie znanych sobie ludzi z sąsiedztwa, ale ludzi czarującego Donalda Tuska.
Pominę już, że hasło Platformy „Z dala od polityki” jest czystym oszustwem.
PiS z kolei nawet nie próbuje udawać, że jego kampania do samorządów nie jest polityką.
Przez lata twórcy samorządów i liderzy partyjni wmawiali nam, że najważniejsze są władze lokalne. Że działacze samorządów są wspaniali, bo przejmują się losem swoich miast i wsi. Bo najlepiej znają lokalne problemy i działają z miłości do swoich małych ojczyzn. Jak wygląda to dziś?
[srodtytul]Konstytucyjna nierówność[/srodtytul]
Teoretycznie szanse są równe. Teoretycznie, bo nikt nie dostaje pieniędzy od państwa na kampanię samorządową.
Duże partie dostają zaś ogromne pieniądze za wybory parlamentarne i teraz te pieniądze wydają. To stąd wzięły się przecież wielkie kampanie wizerunkowe.
Lokalnych stowarzyszeń nie stać też na organizowanie wielkich konwencji. Partie – jak najbardziej. Na dzień dobry partie mają więc – naruszającą moim zdaniem gwarantowaną konstytucyjnie równość dostępu do wyborców – przewagę. Są też lepiej traktowane przez państwo, bo wcześniej losowane są numery ich list wyborczych. To z kolei pozwala im wcześniej rozwiesić plakaty i wcześniej zacząć kampanię.
Nie chciałbym wyjść na przeciwnika partii politycznych w samorządach. Uważam bowiem, że są w nich one potrzebne. Działalność w partii uważam za godną wsparcia. „Upartyjnienie” nie powinno być obelgą, lecz pochwałą. Tyle że partie w Polsce działają dziś w sposób patologiczny. Niewiele można powiedzieć o ich dobrej pracy w parlamencie, rządzie czy administracji państwowej. Jeszcze mniej o pracy w samorządzie.
Sytuacja jest chora. Bez zmiany mechanizmów uprawiania polityki, bez nowych sił, które by takie zmiany mogły zainicjować, nie ma co liczyć na to, że do samorządów będą trafiać lepsi ludzie i że społeczeństwo bardziej zacznie interesować się tym, co robią ich radni, wójtowie, burmistrzowie i prezydenci.