Lektur, które Roman Giertych zezwolił skreślić z listy obowiązkowych, tak jak później zrobiły to panie minister Hall i Szumilas. Ich jednak nikt nie chciał pakować do wora.
Na pewno nie to był zasadniczy powód dla którego naczelny postrach III RP postanowił przestać nim być. Giertych jest dość inteligentny, aby zrozumieć, że trzeba mieć dość sił, aby kopać się z nomen omen koniem. Jemu ich nie starczyło. Zatem serwuje nam się historię będącą odwróceniem słynnego filmu „Gremliny atakują". Tu, jak widać jest odwrotnie, straszny gremlin Giertych zamienia się w słodkiego Gizmo. I w tej roli widzimy go jako nadwornego adwokata Władzy. Najpierw Radek, potem Jan Krzysztof, a teraz nawet Michał korzysta z bezmiaru jego prawniczej wiedzy. Słyszymy też argument, że to dlatego, iż Giertych jest świetnym adwokatem. Wprawdzie praktykuje od końca swojej kariery politycznej, czyli od 2008 roku, ale widać, że pewnie jest bardzo zdolny. Inni adwokaci praktykują całe dekady i nic im z tego nie wychodzi.