Gdy rządził PiS, w bilansie FUS zanotowano nadwyżkę wpłat składek rentowych z naszych wynagrodzeń nad wydatkami na renty.
Rządzący mogli więc sobie pozwolić na obniżenie składki rentowej. Pomysł nie budził kontrowersji, bo każdy woli mieć w kieszeni więcej.
Rzecz w tym, że ta polityczna decyzja nie pociągnęła za sobą żadnych ograniczeń w wydatkach państwa.
Na dodatek przyszła słabsza koniunktura gospodarcza i dochody państwa spadły.
W tym roku niedobór w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych z powodu niższej składki sięgnie więc już około 17 mld zł. Tę dziurę musi pokryć budżet państwa.
Rząd koalicji PO – PSL powinien zatem szybko wybrnąć z sytuacji. Ale jak to zrobić, by nie zaszkodzić wizerunkowi? Po pierwsze zwalić winę na innych, przede wszystkim na politycznych przeciwników. Po drugie dobrać się do składek zarówno tych na OFE, jak i na renty. Zwłaszcza że i tak mało kto rozumie, z jakich elementów się składa nasze wynagrodzenie.
A przecież tak wielkiej presji budżetowej można było uniknąć. Potrzeba było tylko nieco wyobraźni i znajomości ekonomii. Platforma Obywatelska, kierując się opiniami większości ekonomistów, mogła już w 2007 roku (od 16 listopada premierem jest Donald Tusk) zrezygnować z drugiej fazy obniżenia składki rentowej.
Kluczowych było 100 pierwszych dni rządu – ale wtedy dla finansów państwa nie zrobiono nic przełomowego.
Opinie ekonomistów po prostu zignorowano.
Ignoruje się je zresztą do dziś. Bo dziś rząd Donalda Tuska obawia się tylko jednego – przekroczenia progów ostrożnościowych długu publicznego w stosunku do PKB.
Ratuje się więc doraźnymi rozwiązaniami, zamiast wprowadzić plan unowocześnienia wydatków publicznych.
No, ale przecież minister Rostowski zna się na ekonomii jak mało kto i błędów nie popełnia. Wie wszystko. Nam wszak kryzys nie grozi, prawda?
***