Niepokoi pana wysoka  inflacja?

Marek Belka:

Nie może nie niepokoić. Efektem tego jest seria podwyżek stóp procentowych, które zostały już przeprowadzone.

A czy ta seria jest wystarczająca, by "poradzić sobie"  z inflacją?

Tak jak mówiłem po ostatnim posiedzeniu RPP, jesteśmy dalej w procesie  zacieśniania polityki pieniężnej i nie został on zamknięty.

Ekonomiści oczekują, że wkrótce inflacja zacznie się obniżać. Czy w takiej sytuacji RPP będzie nadal podnosić stopy?

Nie chciałbym niczego wykluczać, ale powtórzę to, co już kiedyś powiedziałem: wolę prowadzić politykę pieniężną skalpelem, a nie młotem pneumatycznym. To oznacza, że aby doprowadzić inflację w średnim okresie do zakładanego poziomu, chcemy, żeby tych podwyżek było tylko tyle, ile potrzeba. By nie było ich za dużo. Nie podwyższamy stóp procentowych "na wszelki wypadek", ale tylko wtedy, gdy jest to niezbędne.

Czy są już przymiarki do kolejnej projekcji przewidywanej inflacji? Czy oczekiwana ścieżka przebiegu inflacji będzie wyższa niż ostatnie przewidywania – z lutego?

Nową projekcję zaprezentujemy na początku lipca. Chciałbym zwrócić uwagę, że te niespodziewane dla większości analityków i dla nas podwyżki cen na początku roku powodują, że przewidywana ścieżka inflacji jest wyższa. Ale dla nas ważniejsze jest to, czy te impulsy inflacyjne ulegną wygaszeniu.

A jak będzie?

Można powiedzieć tak: im mocniejszy szok inflacyjny, tym silniejsze odreagowanie. W najbliższej projekcji najbardziej będzie nas interesować to, kiedy będzie widoczne, że schodzimy z górki inflacyjnej. Trzymam kciuki, żeby stało się to już w maju. Z całą pewnością można powiedzieć, że impuls inflacyjny się wyczerpuje.

Za to – jak mówią prognozy  – inflacja bazowa, czyli zwyżki cen będące pośrednim efektem wzrostu cen surowców czy podatków, będzie nadal stopniowo rosła...

Gdy wskaźnik inflacji konsumenckiej będzie spadał, to i inflacja bazowa się ustabilizuje, a może nawet zacznie nieco spadać. Po prostu inflacja bazowa reaguje wolniej i z pewnym opóźnieniem. Poza tym ona wcale nie jest wysoka. W Polsce odnotowywana jest na niemal tym samym poziomie, co w strefie euro, gdzie główna stopa procentowa wynosi 1,25 proc.

Co pan uznaje za podstawowy czynnik ryzyka mogący nadal napędzać inflację?

Nie zaskoczę nikogo  – to jest możliwość wystąpienia efektów drugiej rundy, czyli przełożenia się impulsów inflacyjnych na wzrost płac.

A czy widzi pan jakieś sygnały, które te obawy uzasadniają?

Na razie nie – w pierwszych czterech miesiącach roku płace zachowują się umiarkowanie. Oczywiście, niepokoją nas nadmierne roszczenia w niektórych firmach. Ale to odosobnione przypadki nagłośnione przez media, które nie mają wpływu na gospodarkę.

Takich przykładów walk o podwyżki jest sporo.

I to jest nieco niepokojące. Proszę mnie tylko właściwie zrozumieć – nie mówię, że nie chcę podwyżek płac. One powinny rosnąć, ale nie w sposób, który powodowałby wzrost inflacji. Wzrost wynagrodzeń nie powinien być szybszy niż wzrost wydajności pracy.

Jaką wagę przykłada pan do rosnących oczekiwań inflacyjnych społeczeństwa? Czy to także nie jest powód do niepokoju?

Jest. Ale nie należy z tym przesadzać. Z wyjątkiem oczekiwań inflacyjnych analityków bankowych, które są racjonalne – i one ostatnio trochę spadły – pozostałe oczekiwania reagują na bieżące wydarzenia. Dotyczy to zwłaszcza oczekiwań gospodarstw domowych.

A jak pan reaguje na pojawiające się hasła  np. o drożyźnie?

Drożyznę pamięta pokolenie moich dziadków, można to samo powiedzieć o przełomie lat 80. i 90. To, z czym mamy do czynienia teraz, to jedynie pewne podwyższenie inflacji. Myślę, że daleko nam do tego, by móc mówić o "drożyźnie" w Polsce.

Nietrudno znaleźć wskaźniki pokazujące, że koniunktura w naszej gospodarce nieco słabnie. Czy podwyżki stóp, jakich dokonuje RPP, dodatkowo jej nie pogorszą?

Właśnie na rozstrzyganiu  tego typu dylematów polega proces decyzyjny w RPP.  Z jednej strony głównie importowana z surowcami inflacja. Z drugiej: wcale nie mamy pewności, czy gospodarka nam nie osłabnie.

Jesteśmy w dość komfortowej sytuacji. Tempo wzrostu PKB w IV kw. 2001 r. wynosiło 4,5 proc. Więc nie "dusimy" gospodarki, która ledwo dyszy. Ale wiele firm,  a nawet branż wcale nie odczuwa dobrej koniunktury.

Czy można się spodziewać jakichś zmian w podstawowych elementach założeń polityki pieniężnej  na 2012 r.?

Nie mogę uprzedzać decyzji Rady. Nie widzę jednak apetytów na gwałtowne zmiany.

Cel inflacyjny się nie zmieni?

Uważam, że nie ma do tego powodu. Ale proszę to traktować jako moją osobistą opinię, a nie stanowisko Rady.

Czy powtórzyłby pan teraz to, co mówił pan pół roku temu, że złoty ma potencjał do wzmacniania się?

Powiedziałbym to samo, ale nie sugerowałbym o ile procent. Nie chciałbym się potem tłumaczyć, dlaczego ten wzrost złotego był większy albo mniejszy. Myślę, że złoty ma nadal potencjał aprecjacyjny.

Więc dlaczego nasza waluta nie drożeje?

Ostatnio złoty się wzmacnia.

Dzieje się tak głównie  w efekcie porozumienia NBP z Ministerstwem Finansów  w sprawie wymiany na rynku środków z Unii Europejskiej.

To była decyzja ministra  finansów.

To jedna z decyzji, które miały pozwolić na ograniczenie  inflacji bez bolesnych podwyżek stóp procentowych..

.

Tak została zinterpretowana, ale to błędna interpretacja. To działanie nie jest substytutem podwyżek stóp.

Więc co daje ta wymiana walut na rynku zamiast w banku centralnym?

Ograniczenie tempa wzrostu nadpłynności sektora bankowego. A poza tym – jeśli spojrzeć na to, co dzieje się na peryferiach strefy euro, można byłoby się spodziewać, że kurs złotego mógłby się wahać w nieprzewidywalny sposób. Mogłoby dojść do znaczącego osłabienia złotego. A tak mamy dziś do czynienia z osłabieniem euro w stosunku do dolara, ale nie z osłabieniem złotego. Nie sposób tego nie wiązać z decyzją ministra finansów. Ograniczyła ona skalę spekulacji na rynku złotego.