Emigranci stanowią 6 proc. populacji. Jest to wielkość, która sporo zmienia w naszych statystykach, głównie tych przeliczanych na mieszkańca. Na przykład PKB przypadający na jednego (faktycznego) mieszkańca jest wyższy o 6,5 proc. (prawie 3 tys. zł).
Mogłoby to nas cieszyć ze względu na porównania międzynarodowe, gdyby nie to, że nawet statystycznie poprawa jest tylko iluzoryczna. Kraje unijne o naszym poziomie rozwoju mają bowiem podobne wskaźniki emigracji (w mniejszych państwach odsetek jest nawet większy). Tu zatem nic nie zyskujemy. Natomiast różnica względem krajów bogatszych zmienia się nieznacznie także dlatego, że to nasi rodacy współtworzą ich PKB. Podobnie iluzoryczny jest wzrost spożycia poszczególnych produktów na głowę mieszkańca czy wzrost średniej powierzchni mieszkalnej.
Warto zauważyć, że luka emigracyjna odgrywa też pewną rolę w statystykach pozaekonomicznych. Podczas ostatnich wyborów samorządowych za granicą mieszkało o 300 tys. osób więcej niż w czasie wcześniejszych wyborów. A to oznacza, że statystycznie identyczna niemal frekwencja (2010 r. – 47,34 proc.; 2014 r. – 47,4 proc.) w ostatnich wyborach faktycznie była o 1 pkt proc. wyższa. Można przypuszczać – czego nikt z komentatorów nie zauważył – że zmiana strukturalna towarzysząca zmianie wielkości absolutnych (wyjeżdżający to głównie ludzie młodzi i lepiej wykształceni) mogła mieć wpływ na wyniki głosowania.
Wpływ emigracji na pozornie dość odległe przyczynowo zjawiska jest zresztą widoczny co krok. Na przykład gdy czytam informację o spadku wielkości kredytów hipotecznych, zastanawiam się, czy poza typowymi wahaniami koniunkturalnymi nie działa tu czynnik względnie trwały, jakim jest zmniejszenie liczebności grupy szczególnie zainteresowanej zakupem mieszkania.
Wróćmy jednak do bilansu strat i korzyści. Gdyby założyć, że wszyscy wyjeżdżający zostali zatrudnieni w kraju, to zwolennicy prawa Okuna wyliczą, że PKB wzrósłby o 14,5 proc. Jednocześnie gdyby ci ludzie nie znaleźli w Polsce pracy, stopa bezrobocia wzrosłaby z 11,4 do 26 proc. Oczywiście oba warianty skrajne są nonsensowne. Zatrudnienie wszystkich jest niemożliwe, gdyż wymagałoby dodatkowych inwestycji (zakładając utrzymanie średniej wartości środków trwałych na zatrudnionego) na poziomie 460 mld zł; tyle inwestujemy przez półtora roku. Część emigrantów znalazłaby pracę, zmniejszając hipotetyczną stopę bezrobocia, tyle że znacznie niżej płatną niż za granicą. Wychodzi na to, że wariant bez emigracji byłby znacznie gorszy, bo przyrost PKB byłby niewielki, a wzrost bezrobocia spory.