Paweł Rożyński: Już płacimy za brak KPO

Kiedy ekonomiści i opozycja alarmowali, że brak pieniędzy z Unii Europejskiej uderzy w gospodarkę, PiS bagatelizował sprawę. Powoli jednak ujawniają się skutki wojenki z Brukselą.

Aktualizacja: 18.08.2023 06:25 Publikacja: 18.08.2023 03:00

Powoli ujawniają się skutki polskiej wojenki z Brukselą.

Powoli ujawniają się skutki polskiej wojenki z Brukselą.

Foto: Bloomberg

KPO to 120–130 mld zł, zaokrąglając. Jak podzielimy to na sześć lat, to okrągło wychodzi 20 mld zł rocznie” – mówił przed rokiem premier Mateusz Morawiecki, przekonując, że „nie jest to coś, co zmienia zasadniczo sytuację gospodarczą, finansową Polski”. Dalej szedł prezes NBP Adam Glapiński: „My bez środków unijnych, którymi teraz się nas szantażuje, jesteśmy w stanie doskonale zapewnić sobie ten dynamiczny rozwój”. Kropkę nad „i” postawili Karol Karski („20 groszy leżących na ulicy”) i Marek Suski („Nie chcę pieniędzy z KPO. Mnie na chleb wystarczy to, co mam”).

W PiS zdają się wierzyć, że bez tych pieniędzy sobie poradzimy. I mają rację. Polska dalej będzie istnieć, firmy produkować, a dzieci chodzić do szkoły. Sęk w tym, że politycy marnują rozwojową szansę kraju, bo te potężne pieniądze mogłyby już pracować, wspierając inwestycje i wzmacniając konkurencyjność w tak trudnym czasie recesji i wojny za wschodnią granicą.

Efekt podejścia PiS do sprawy już widać. To nie tylko wyczekująca tych pieniędzy energetyka czy samorządy wstrzymujące inwestycje w komunikację lub remonty kamienic. Jak piszemy w „Rzeczpospolitej”, znacząco zmniejszyły się inwestycje firm w robotyzację i automatyzację, bo przedsiębiorcy czekają na unijne pieniądze. Miał to być nie tylko sposób na unowocześnienie przemysłu, wzrost konkurencyjności, lecz także i remedium na braki pracowników. Jak firmy mają rozwijać biznes, przejmować zlecenia – na przykład te, które tracą Chiny z powodu światowej relokacji produkcji – jeśli bez robotów nie są w stanie zaoferować odpowiedniej jakości?

Choć prezes PiS Jarosław Kaczyński chwali się gospodarczą pogonią za Niemcami, jego partia robi wszystko, by ją utrudnić. GUS podał właśnie, że PKB zmniejszył się w drugim kwartale o 3,7 proc. w skali roku (to jeden z najgorszych rezultatów w Unii) i był niższy niż przed rokiem o 1,3 proc. Dopadła nas recesja.

Czy można było uniknąć aż takiego spadku, korzystając już z pieniędzy z KPO? Na to pytanie niech sobie odpowiedzą politycy PiS i wyciągną wreszcie jakieś wnioski.

Czytaj więcej

Gonimy unijną czołówkę robotyzacji. Ale za wolno

KPO to 120–130 mld zł, zaokrąglając. Jak podzielimy to na sześć lat, to okrągło wychodzi 20 mld zł rocznie” – mówił przed rokiem premier Mateusz Morawiecki, przekonując, że „nie jest to coś, co zmienia zasadniczo sytuację gospodarczą, finansową Polski”. Dalej szedł prezes NBP Adam Glapiński: „My bez środków unijnych, którymi teraz się nas szantażuje, jesteśmy w stanie doskonale zapewnić sobie ten dynamiczny rozwój”. Kropkę nad „i” postawili Karol Karski („20 groszy leżących na ulicy”) i Marek Suski („Nie chcę pieniędzy z KPO. Mnie na chleb wystarczy to, co mam”).

2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację