- Dzięki temu energetyka będzie bliżej ludzi. Nie tam, gdzie są wielkie korporacje, tylko tam gdzie ludzie produkują prąd i go zużywają – przekonywał poseł w Sejmie, odwołując się do hasła z expose pani premier.
Gadał trzy po trzy, ale w piątek to m.in. dzięki niemu Sejm podtrzymał tak zwaną poprawkę prosumencką. Przybliżył energetykę do ludzi w ten sposób, że na wszystkich konsumentów energii nałożył nowy wydatek (znajdą go w rachunkach za prąd), który dofinansuje 200 tysięcy prosumentów. Prosumenci dzięki niemu będą mieli gwarantowany zakup energii z małych przydomowych elektrowni po cenach kilkakrotnie wyższych niż na rynku. Teraz już wiem na czym polega energetyka obywatelska: na tym, że większość obywateli energicznie dofinansuje mniejszość obywateli.
Próbowałem policzyć efektywność inwestycji, na przykład w panele fotowoltaiczne, i wyszło mi, że nie będą to kokosy, ale opłaci się. Czyli zarobią ci prosumenci, którzy wejdą w ten interes, a także dostawcy paneli fotowoltaicznych, biogazowni i małych wiatraków. Tym bardziej, że rachunek opłacalności bardzo poprawiłyby dopłaty do inwestycji. I voila – są! Nazywa się to program Prosument, finansuje go Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Dotacja może wynieść 20-40 procent całego kosztu, kredyt preferencyjny oprocentowany na 1 procent pokryje pozostałe. W sumie do rozdania 400 mln publicznych złotych tylko w latach 2014-2015.
Ale myślę też, że zarobią również koncerny energetyczne. Dla nich konieczność przymusowego skupowania po zawyżonych cenach energii, która raz jest, a raz jej nie ma, będzie znakomitym pretekstem do podwyżek cen. Starcie grup nacisku producentów sprzętu i inwestorów w energię odnawialną z koncernami energetycznymi jest bowiem w części dość umowne – i jedni, i drudzy chcą mieć jak najwyższe ceny energii. I będą mieli, im bardziej będziemy tonęli w fanaberiach ekologiczno-klimatycznych.
Tymczasem w licznych komentarzach na temat poprawki prosumenckiej, jakie przez dwa miesiące przetoczyły się przez media, chyba nikt nie zastanawiał się nad sensownością chałupniczej produkcji prądu i skąd się bierze to przeciąganie pieniędzy od producentów prądu z łupin orzechowych i słomy do producentów fotopaneli albo wiatraczków i z powrotem. Mimo, że żadne z tych rozwiązań w warunkach normalnego rynku nie miałoby prawa istnienia.
Natomiast jak zawsze przy rozwiązaniach nierynkowych, podobno zastanawiano się m.in., co zrobić, żeby czasem ktoś nie brał taniego prądu z sieci i nie sprzedawał go jako „prosumenckiego". Cały realny socjalizm polegał na dualizmie cen, na nierynkowych, urzędowych cenach i cenach rynkowych. I na manipulowaniu między jednymi i drugimi. Więc być może potrzebne będą nowe ustawy, tym razem kontrolne, lotne brygady i inspekcje ochotniczej rezerwy milicji prosumenckiej, bo przecież inaczej delikwent zawsze będzie mógł powiedzieć, że u niego świeciło słońce, albo wiatr wiał i dlatego mu się więcej wyprodukowało.
- Cieszymy się, że parlamentarzyści stanęli po stronie obywateli i umożliwili co najmniej 200 tysiącom rodzin inwestycje w przydomowe mikroelektrownie – mignęła mi wypowiedź pani Anny Ogniewskiej z Greenpeace. - Dzięki taryfom gwarantowanym szanse na zakup mikroinstalacji zostały wyrównane, a koszty ograniczone i bardziej sprawiedliwe rozłożone.
Cóż, dzięki pani Ogniewskiej, wiem już także, na czym polega sprawiedliwość.