Okazuje się, że tylko zamówienia publiczne na zakup różnego rodzaju statków w ciągu najbliższych 10 lat wyniosą przynajmniej 25 mld zł, co powinno przynieść przynajmniej 5 tysięcy nowych miejsc pracy w samych stoczniach i kilkadziesiąt tysięcy w tzw. łańcuchu dostawców. Jakie to proste.

Lista przywilejów jest spora, m.in. stocznie będą miały do wyboru albo zapłacenie podatku CIT, albo zdecydowanie się na zryczałtowany podatek dochodowy w wysokości 1 proc. produkcji sprzedanej (widać podatek obrotowy podbija kraj). Objęte zostaną też ulgami dla stref ekonomicznych. No i ładnie, zobaczymy jakie będą efekty wpompowania pieniędzy podatników (oczywiście nie ma danych, jak dużych) w przemysł okrętowy w postaci ulg. W końcu linie żeglugowe nie kupują statków w Chinach z miłości do konkurencji, tylko z wyrachowania. Teraz powinny przynajmniej niektóre w Polsce.

Kondycja przemysłu okrętowego tak mnie zaciekawiła , że trochę poczytałem. M.in. ciekawą wypowiedź dyrektora Forum Okrętowego zrzeszającego prywatnych producentów, którzy odbili się od dna. Pan Jerzy Czuczman śmiało powiada, że „my nie budujemy statków, my budujemy wysoko przetworzone obiekty pływające, które dawno już przeskoczyły poziom budowy statków. W latach 90. w Polsce budowane były statki, których kilogram kosztował około trzy dolary. Obecnie produkujemy jednostki, których kilogram kosztuje około 18-20 euro".

W informacjach jakie poznajdowałem, niestety na ogół sprzed roku, jest kilka fajnych - o Towimorze, który zakłada montownię w Korei, czy o pierwszym na świecie holowniku hybrydowym wyprodukowanym w Polsce. W sumie w tym sektorze pracuje ok. 30 tys. ludzi (rok temu mniej więcej mieli zamówienia na dwa lata), a drugie tyle w jachtowym. Wiem, że część z tej narracji o stoczniach prywatnych, to propaganda sukcesu, ale chyba mniejsza niż propaganda „stocznie w ruinie", bo z kolei taka towarzyszy trąbieniu o epokowej ustawie, która odbuduje przemysł.

Oczywiście pierwsze pytanie jest proste jak konstrukcja masowca – czy firmy prywatne też skorzystają z dobrodziejstw ustawy.Zapewne tak. Po drugie – to już drobnicowiec - czy jest możliwe, że w państwowe firmy i stocznie znowu zostanie wpompowanych kilkaset milionów złotych bez efektu. Anegdot z ostatniego 25- lecia jest bez liku, zaczynając od cudownej korwety Gawron, a kończąc na funduszu Mars, ale są to dość kosztowne anegdoty. Trzecie pytanie jest już jak sądzę bardziej skomplikowane, powiedzmy jak chemikaliowiec. Mianowicie kto tak naprawdę sfinansuje dotowanie budowy okrętów, które jeszcze niedawno nie były opłacalne (dlatego kupowano na Dalekim Wschodzie), a teraz już jak rozumiem już maja być. I wreszcie ostatnie, trudne jak statek ratowniczy: Jakie przesłanki, poza politycznymi, skłaniają rząd do zajmowania się budową statków, kiedy obok daje sobie radę sektor prywatny.

Czyżby ministrom przypomniały się czasy dzieciństwa kiedy w balii pływały liczne stateczki?