Od kilku dni internetowe media żyją wypowiedzią Timothée Chalameta. 30-letni aktor, który przeszedł już do historii kina jako najmłodszy aktor od czasów Marlona Brando z trzema nominacjami do Oscara za swoje pierwszoplanowe role, oświadczył niedawno w telewizyjnym show, że nie chciałby pracować w operze czy balecie. Jego zdaniem te dziedziny sztuki istnieją głównie dlatego, że „trzeba je utrzymywać przy życiu, nawet jeśli już nikogo to nie obchodzi”.
Jak można było się spodziewać, na te słowa zareagowały największe teatry operowe, zapraszając na swoje spektakle, o ile gwiazdorowi uda się kupić bilet, bo rozchodzą się one znakomicie. Szczególnie cenna dla Chalameta byłaby jednak wizyta w Staatsoper w Monachium na najnowszej inscenizacji „Rigoletta”, której premiera odbyła się w miniony weekend.
Jak poradzić sobie z Giuseppe Verdim
Utwór Giuseppe Verdiego to przecież kwintesencja tradycyjnej opery, ulubionej od połowy XIX w. przez publiczność, z przebojowymi melodiami grywanymi „aż do zdarcia płyty” lub chętnie parodiowanymi (koloraturowa aria Gildy), a także z akcją pełną gwałtownych namiętności i emocji, miłości i zemsty, a jednocześnie z rozmaitymi nielogicznościami. I oto Barbara Wysocka pokazała w bawarskiej Staatsoper, że można z „Rigoletta” zrobić spektakl drapieżny, a przede wszystkim współczesny.
Znana już w Monachium polska reżyserka (jej „Łucja z Lammermooru” jest w repertuarze Staatsoper od dziesięciu lat), niczego do dzieła Verdiego nie dopisała, nie zmieniała. Inaczej natomiast spojrzała na bohaterów, mniej eksponując tytułowego błazna Rigoletta, bardziej zaś Księcia i Gildę.