Od kilku dni internetowe media żyją wypowiedzią Timothée Chalameta. 30-letni aktor, który przeszedł już do historii kina jako najmłodszy aktor od czasów Marlona Brando z trzema nominacjami do Oscara za swoje pierwszoplanowe role, oświadczył niedawno w telewizyjnym show, że nie chciałby pracować w operze czy balecie. Jego zdaniem te dziedziny sztuki istnieją głównie dlatego, że „trzeba je utrzymywać przy życiu, nawet jeśli już nikogo to nie obchodzi”.
Jak można było się spodziewać, na te słowa zareagowały największe teatry operowe, zapraszając na swoje spektakle, o ile gwiazdorowi uda się kupić bilet, bo rozchodzą się one znakomicie. Szczególnie cenna dla Chalameta byłaby jednak wizyta w Staatsoper w Monachium na najnowszej inscenizacji „Rigoletta”, której premiera odbyła się w miniony weekend.
Jak poradzić sobie z Giuseppe Verdim
Utwór Giuseppe Verdiego to przecież kwintesencja tradycyjnej opery, ulubionej od połowy XIX w. przez publiczność, z przebojowymi melodiami grywanymi „aż do zdarcia płyty” lub chętnie parodiowanymi (koloraturowa aria Gildy), a także z akcją pełną gwałtownych namiętności i emocji, miłości i zemsty, a jednocześnie z rozmaitymi nielogicznościami. I oto Barbara Wysocka pokazała w bawarskiej Staatsoper, że można z „Rigoletta” zrobić spektakl drapieżny, a przede wszystkim współczesny.
Znana już w Monachium polska reżyserka (jej „Łucja z Lammermooru” jest w repertuarze Staatsoper od dziesięciu lat), niczego do dzieła Verdiego nie dopisała, nie zmieniała. Inaczej natomiast spojrzała na bohaterów, mniej eksponując tytułowego błazna Rigoletta, bardziej zaś Księcia i Gildę.
Czytaj więcej
Boris Kudlička otrzymał oficjalną nominację i 1 września zostanie dyrektorem Teatru Wielkiego–Opery Narodowej. Ogłoszony właśnie program kolejnego...
U Verdiego Rigoletto chroni przed brutalnym światem swój najcenniejszy skarb – córkę. W wersji Barbary Wysockiej oznacza to, że Gilda żyje w zamkniętym pomieszczeniu – piwnicy. Jest jak delikatny motyl rysowany przez nią na ścianie, a marzący, by choć na chwilę wyrwać się na wolność. Książę z kolei to nie władca renesansowej Mantui, jak w oryginale, choć łączy go z nim erotyczne nienasycenie, nieustanna pogoń za kolejną zdobyczą i żądza władzy nie tylko nad kobietami.
Renesansowy dwór czy wspólnicy Epsteina
Verdi rozpoczął tę operę od dworskiej zabawy. W Monachium w monumentalnej stalowo-srebrzystej scenografii Barbary Hanickiej, będącej rodzajem wariacji na temat architektury dzisiejszego świata biurowców i minimalistycznych apartamentowców, oglądamy tłum mężczyzn w eleganckich garniturach i gospodarza imprezy.
Serena Sáenz jako Gilda w moncahijskim spektaklu „Rigoletta”
Jest też grupa kobiet sprowadzonych w wiadomych celach, choć reżyserka nie epatuje wyuzdanymi obrazami. Daje widzowi tylko czytelny sygnał, bo czy naprawdę jeszcze nas bulwersują kolejne afery obyczajowe? Większe wrażenie wywiera więc deszcz papierów spadających potem na mężczyzn. To pieniądze, akcje czy raczej dokumenty i zeznania jak te z obecnej sprawy Epsteina?
Cały spektakl Barbary Wysockiej jest mroczny nie tylko dlatego, że większość zdarzeń – porwania, interesy zawierane z płatnym zabójcą, wreszcie finałowa zbrodnia – rozgrywa się w tej operze nocą. W świecie przedstawionym przez Verdiego także nie było promyka nadziei – od początkowej klątwy rzuconej aż po tragiczną śmierć Gildy w finale.
Co jest najważniejsze dla Barbary Wysockiej
Jest to spektakl bardzo ascetyczny, szereg epizodów rozgrywa się na niemal pustej scenie, a pomysł Barbary Wysockiej wzbogacenia ostatniego aktu o elementy sado-maso okazał się mało odkrywczy. Reżyserska skromność Polki nie przypadła do gustu części niemieckiej publiczności, ale też w Niemczech niemal każda premiera wywołuje skrajne reakcje. Generalnie jednak monachijski „Rigoletto” został oceniony wysoko i dlatego, że Barbara Wysocka oddała pierwszeństwo muzyce.
Barbara Wysocka (w środku) z wykonawcami poi premierze „Rigoletta”
Reżyserka rozumie bowiem, że w „Rigoletcie” muzyka jest najważniejsza. I jej podporządkowała swoją interpretację, co widać choćby po sposobie potraktowania Gildy, która stała się szczególnie ważną postacią przedstawienia. Młoda Hiszpanka Serena Sáenz jest wokalnie perfekcyjna w tej roli, ale też rozumie koncepcję reżyserki. Dla Barbary Wysockiej Gilda nie jest kolejną operową skrzywdzoną niewinnością. Ona chce doświadczyć życia i to pragnienie okazuje się dla niej silniejsze niż lęk przed śmiercią.
Zabójcze zadanie dla tenora
Uzbecki tenor Bekhzod Davronow, którego jeszcze w tym sezonie poznamy w spektaklach „Romea i Julii” w Operze Narodowej, zmierzył się z karkołomnym zadaniem, jakim jest aria Księcia „La donna e mobile”, którą śpiewali i śpiewają wszyscy tenorzy świata. Jego głos nie ma włoskiego blasku, ale Monachijczykom się spodobał.
Ariunbaatar Ganbaatar, Rigoletto
Ariunbaatar Ganbaatar jako Rigoletto w spektaklu Barbary Wysockiej
Warto też zapamiętać barytona Ariunbaatara Ganbaatara (Rigoletto). To kolejny artysta z Mongolii, której przedstawiciele – zwłaszcza ci o niskich głosach – odnoszą sukces w operowym świecie dotąd im niedostępnym, zadając zatem kłam twierdzeniu Timothée Chalameta.
Również doświadczony dyrygent Maurizio Benini udowodnił, że muzyka Verdiego nie zamierza umierać. A Barbara Wysocka powiedziała mi, że dyrekcja Staatsoper poprosiła o taką inscenizację, która mogłaby żyć na scenie jakieś piętnaście lat.