Jest pan zdziwiony tym, jak dobrze zagrała reprezentacja Japonii?

Piłka japońska jest bardzo niedoceniana, ale też patrząc, kto grał w tej grupie, to awans z pierwszego miejsca jest zaskoczeniem. Nastroje w Japonii były takie, że trzeba będzie walczyć w najlepszym wypadku o drugie miejsce. Japończycy liczyli na zwycięstwo z Kostaryką i urwanie punktu z Hiszpanią lub Niemcami, co mogłoby dać awans przy korzystnym układzie innych wyników.

Co zadecydowało o tym sukcesie?

Czytaj więcej

Japonia znów zakwitła! Niemcy za burtą mundialu

Ktoś może powiedzieć, że byli silni słabością faworytów, ale to nieprawda. Hiszpanie świetnie zagrali z Kostaryką. Pierwsza połowa Niemców w meczu z Japonią była perfekcyjna. Kiedyś zarzucano Japończykom, że mogą mieć dziesięć sytuacji, a wykorzystają jedną, może dwie. Zawsze uwielbiali długo wymieniać piłkę, mieć ją przy nodze, szukać lepiej ustawionego kolegi, rzadko decydowali się na strzały z dystansu. Teraz wychodzili na prowadzenie, oddawali inicjatywę i świetnie się w tych realiach odnajdywali.

To granie drużynowe wynikało z ich mentalności i stawiania zespołu w centrum?

Japońską piłkę charakteryzuje to, że nie mają klasycznej „dziewiątki”. Tacy piłkarze się u nich nie pojawiają. Nie wiem, czy wynika to ze szkolenia, czy z ich fizyczności. Japończycy są mobilni, ale nie silni, nie potrafią się zastawić, przytrzymać piłki. Praktycznie wszędzie na tej pozycji w J-League grają obcokrajowcy. Rzeźbią z takiego materiału, jaki mają, dlatego bardzo pasuje im tiki-taka z najlepszych lat Barcelony. Długo rozgrywają akcje, wymieniają dużo podań, a potem nagle przyspieszają.

Barcelona cieszy się wielkim uwielbieniem w Japonii?

Jest bardzo popularna w całej Azji. Kiedy ich talent Takefusa Kubo był w La Masii, to momentalnie stał się pożądanym produktem marketingowym. Lansowano go na nowego Leo Messiego, na przyszłego lidera kadry, który miałby zastąpić Keisuke Hondę i Shinjiego Kagawę, ale na razie był bardziej twarzą marketingową. Zagrałem przeciwko niemu i widać było, że ma bardzo duże możliwości. Niedługo potem wyjechał ponownie do Europy i gra teraz w lidze hiszpańskiej.

Najlepsi piłkarze patrzą z każdego billboardu?

Piłka nożna nie jest sportem numer jeden, ale Hondę i Kagawę kojarzy prawie każdy. Jeśli jakiś piłkarz gra w Europie, nawet w przeciętnym zespole, to od razu jego popularność wzrasta. Tak było z Hondą, który stał się rozpoznawalny, chociaż długo grał najpierw w Belgii, potem w Rosji. Skupiła się na nim uwaga kibiców i mediów. Kolejny był Shinji Kagawa. Popularność futbolu nie wszędzie jest taka sama. Są miasta i regiony, gdzie piłka nożna się bardzo dobrze przyjęła, ale w dalszym ciągu widać, że to baseball jest sportem drużynowym numer jeden.

W Brazylii kopie się na ulicach, w Polsce kiedyś też tak było. Jak jest w Japonii?

Jeśli się ktoś dobrze rozejrzy, to zobaczy dzieciaki grające na podwórkach, ale to nie jest tak powszechne, jak w Ameryce Południowej. Sukcesy kadry są świetnym narzędziem marketingowym i na pewno przełożą się na liczby. Znajdą się dzieci, które będą chciały być jak Daichi Kamada, Ritsu Doan czy Junya Ito.

O poziom ligi japońskiej nie trzeba się chyba martwić, trafiają tam gwiazdy...

Organizacja klubów jest na najwyższym poziomie. Wszystko, co potrzebne piłkarzom, jest na wyciągnięcie ręki i mogą się skupić tylko na futbolu. Finansowo też to świetnie wygląda. W poprzednich latach grali tam Andres Iniesta, David Villa czy Lukas Podolski. Widać jednak skutki pandemii i zamknięcia stadionów, bo kadry są trochę słabsze. Ale generalnie liga idzie do przodu.

Jakie są przejawy popularności?

Japończycy bywają natarczywi, potrafią otoczyć piłkarzy i prosić o podpis. Na ogół zawodnicy bardzo życzliwie podchodzili do tych obowiązków. Starałem się zawsze znaleźć chwilę, żeby się odwdzięczyć za zainteresowanie.

Japońscy trenerzy różnią się od europejskich?

Ludzie respektują pozycję społeczną i jeśli ktoś jest nawet szczebelek wyżej w hierarchii, to powstaje duży dystans. Relacje z trenerami są raczej chłodne. Zawodnicy budują atmosferę w szatni, ale trenerzy trzymają się jakby trochę z boku.

Nie zdarzy się coś takiego jak Pep Guardiola sunący w majtkach po mokrej podłodze?

Bardzo wątpię, ale jeśli by się zdarzyło, to wszyscy na chwilę by zamarli, bo mogliby nie wiedzieć, jak się zachować. Ale w reprezentacji może być inaczej, bo jest wielu zawodników z Europy, którzy przyzwyczajeni są do innych obyczajów. Trzeba inaczej zarządzać grupą, z jednym porozmawiać spokojnie, na drugiego krzyknąć. Na początku z rezerwą podchodzono do trenera Hajime Moriyasu. Japończycy doceniali jego zasługi, ale zarzucali mu, że taktycznie prowadzi zespół bardzo słabo. Na mundialu zaskoczył pod tym względem. Po przerwach w meczach z Niemcami i Hiszpanią Japończycy grali świetnie.

Kibice chyba bardzo to przeżywali, bo po golu w meczu z Hiszpanią widać było płaczących Japończyków...

Oni bardzo cenią Hiszpanów i Brazylijczyków – uważają ich za najlepszych na świecie, wręcz stworzonych do futbolu. Nawet jeśli te drużyny przeżywają kryzys, albo grają w osłabionym składzie, to każda dobra akcja, gol, świetne zagranie wzbudzają wielkie emocje.

W lidze japońskiej zdarzają się emocje na trybunach?

Przed meczem derbowym z Shimizu S-Pulse koledzy ostrzegali: uważaj, będzie nerwowo, bo gramy derby. Pytałem, czy należy się spodziewać agresji, rzucania czymś? Usłyszałem, że kibice będą gwizdać. Największym ekscesem było, gdy jeden kibic rzucił puszką w innego kibica. Uśmiechałem się, słysząc to, i starałem się tłumaczyć, że w Europie wygląda to inaczej. Z kolei oni się za głowę łapali na moje słowa. Dużym skandalem było, gdy kibic, bodajże Cerezo Osaka, rzucił czymś w autokar. To nie był nawet kamień, ale coś drobnego, co miał pod ręką, a wywołało to dyskusję o bezpieczeństwie.

Jak widać standardy japońskie są trochę inne...

Pamiętam, jak graliśmy mecz w jednej z pierwszych rund w Pucharze Cesarza. Często gra się tam z akademickimi drużynami, które prezentują niższy poziom. Graliśmy rezerwami, a i tak prowadziliśmy 4:0 czy 5:0. Pod koniec meczu na stadionie dało się jednak wyczuć niezadowolenie naszych kibiców. Podstawowi piłkarze siedzieli nad zwykłymi fanami. Widziałem stamtąd, jak jeden mężczyzna wstał i głośno krzyczał, że nie da się patrzeć na taką grę. Nasz manager odwrócił się, znalazł go wzrokiem, wskazał obsłudze i za kilka minut stewardzi wyprowadzili go do budynków klubowych. Tam po meczu przyszedł manager ze sztabem i zapytali, co im zarzuca? On powiedział swoje, a oni byli bardzo niezadowoleni z jego zachowania. Europa i Japonia to są jednak dwa światy.