Powiedzmy sobie szczerze, że książki Szczepana Twardocha z komizmu i poczucia humoru raczej nie słynęły.

Owszem, Twardoch śmiał się, choćby w „Morfinie”, z narodowych obsesji i stereotypów, lecz gorzko i szyderczo. W jeszcze bardziej gorzkim „Nullu” kpił z naszych schematycznych wyobrażeń na temat wojny w Ukrainie. Jako autor zbiórki dla ukraińskiej armii, który bywał na pierwszej linii frontu, opisał jak giną bohaterscy ukraińscy żołnierze. Ale nie pominął tego, że w najdroższych kijowskich restauracjach tamtejsi oligarchowie lub mafiozi śmieją się narodowym bohaterom w twarz, robiąc w czasie wojny interesy.

„Waldkauz”, czyli nowy rozdział Szczepana Twardocha

Może właśnie przygnębiająca prawda o wojnie, która coraz bardziej przybliża się do naszych granic wymusiła w śląskim pisarzu potrzebę terapeutycznego, oczyszczającego śmiechu, nawet jeśli jest to czasami śmiech przez łzy.

Przez łzy może na końcu książki, ale przez imponujące dwie trzecie powieści dostajemy najwyższej klasy śląski żart, przemieszany z humorem, który znamy z filmów Tarantino. Jest więc dystans i śmiech, czyli w pisaniu Twardocha bardzo udana premiera. Używając różnych kostiumów i masek śmieje się z Polaków, Ślązaków, Niemców, a i z siebie. Ale o tym później. Już teraz dodajmy jednak, że „o tym później” to fraza, która organizuje narrację książki, dzięki bardzo licznym powtórzeniom wywołując również śmiech.

Czytaj więcej

„Null" Szczepana Twardocha z Nagrodą Literacką „Nike” 2026

Ale może jednak z tym śmiechem nie przesadzajmy, bo Twardoch, który poprzednio wydał wojennego „Nulla” od wojny całkowicie uwolnić się nie może. Dlatego opisuje w „Waldkauz” sierpień 1920 r. po I wojnie światowej na rodzinnym Górnym Śląsku, a nawet w rodzinnych Pilichowicach. I poprzez historię swojej małej ojczyzny mówi nam, że z końcem wojny – wojna wcale się nie kończy, bo zaczyna się być może ta najgorsza, czyli domowa. Gdy z frontu wracają sfrustrowani żołnierze, często inwalidzi z wieloma syndromami, które pchają ich do ustalenia granic nowego porządku – przemocą. W rodzinach i u sąsiadów.

„Waldkauz”, czyli wojna domowa

Na Górnym Śląsku miały to być granice pomiędzy Niemcami a Rzeczpospolitą i Twardoch opisuje to, jak Górny Śląsk wyrywają sobie Niemcy i Polacy – w obecności nie zawsze czujnych wojsk rozjemczych, Anglików i Francuzów. Wtedy największy dramat przeżywają ci, którzy czują się „tutejszymi”, zaś ich życie komplikują historyczne i familijne więzy krwi, bo wojna przebiega również w rodzinach, na co złożyły się małżeńskie wybory i koneksje.

Mamy na ten temat bardzo przekonującą rozmowę, w której bohaterowie pozbywają się złudzeń. Bo jeśli ich zdaniem na Zachodzie Europy czy w Irlandii, jeśli nawet trwa wojna domowa – zawsze jest jakiś dający wytchnienie pas ziemi niczyjej, odgradzający walczące nacje, religie i armie. Na Śląsku, opisywanym przez Twardocha, neutralnej ziemi i żadnego azylu nie ma. Wtedy słupami granicznymi stają się trupy. Nawet te w rodzinie.

Prawda ta odnosi się m.in. do rzezi dokonanej na Polakach przed fabryką w Mysłowicach, ale też zemsty powstańców Korfantego na niemieckich bojówkarzach. Zemsta symbolicznie przerywa pewne wesele i od pięknej panny młodej ważniejsze są rewolwery oraz zegarki, jakie można złupić, porzucając trupy nago w leśnym rowie.

Czytaj więcej

Lektura „Przemienienia” Twardocha po prawie 20 latach jest czymś zaskakującym

Miłośnicy polskiej martyrologii, którzy widzą w Polakach wyłącznie ofiary obcych imperializmów, „Waldkauzem” na pewno się nie pożywią. Twardoch ze śląskiej perspektywy sugeruje bez ogródek: gdzieś tam daleko, pod Warszawą polska armia pokonała bolszewików, ale na Śląsku Polacy rozprawiają się z wrogami jak... na wschodzie. Jak wszędzie.

Szczepan Twardoch i Quentin Tarantino

Książka, jak to się pięknie mówi, jest atrakcyjna, ponieważ Twardoch napisał ją zabawnie i potoczyście, stylizując na epicką śląską gawędę. Część śląskich dialogów jest tłumaczona w przypisach, ale warto zachwycać się oryginałem. Zwłaszcza w najbardziej awanturniczych sekwencjach, do czego asumpt daje historia głównego bohatera i narratora Wilhelma Pisuli, byłego policjanta, pracującego w agencji detektywistycznej Detektiv-Lux, której szefem jest Breitenberg. Postać w pewnym sensie „nietzscheańska”, choć wąsy nietzscheańskie ma główny bohater. A gdyby nie wysoki wzrost Breitenberga – mógłby go zagrać w kinie naszej wyobraźni Brad Pitt, w stylu „Bękartów wojny” rzecz jasna. Pisula zna ju-jitsu i padają lubiane przez Tarantino cytaty ze Starego Testamentu, zwłaszcza w momentach okrucieństwa. I to też tworzy przewrotny komizm powieści. 

Twardoch opisał w niej bękarty I wojny światowej, a bękartem dosłownie jest Pisula, który z matką nie miał lekko, ojca nie poznał, a kobiecego ciepła zaznał dopiero w małżeństwie z żoną Ursulą. Spłodził z nią dwóch synów Franza i Karlika, i nieźle im się powodziło. Niestety, wszystko zniszczyła wojna oraz towarzyszące jej wojenne nastroje, które udzieliły się także patriotycznej, ale – co pokazała bezsensowna wojna – naiwnej młodzieży.

Czytaj więcej

Książka Twardocha o wojnie w Ukrainie druga w rankingu „Der Spiegel"

Mamy więc bardzo współczesny wątek, znany dotąd z wojny w Ukrainie, ale u nas też zaczęła się przecież debata o powszechnym poborze do wojska. Chodzi o rodziców próbujących ratować synów od wojska także w pozaprawny, korupcyjny sposób.

Co jednak zrobić, gdy synowie rwą się na front? O tym nie trzeba pisać później, bo to jest wiadome od początku: syn Pisuli na wojnie zaginął i to powód wielkiej zgryzoty Wilhelma, niedający mu spokoju, a będący też przyczyną rozpadu małżeństwa. Twardoch podjął więc temat ojcowskiej miłości, nowy w jego książkach. A choć w rozmowie Pisuli i Wendelina (jego przyjaciela z dzieciństwa oraz pisarza) z pewnym brytyjskim oficerem pojawia się „Portret artysty w wieku młodzieńczym” Joyce’a, to główny temat „Waldkauz” współgra z inną powieścią Irlandczyka, czyli „Ulissesem”, którego ważnym wątkiem jest utrata syna, demolująca małżeństwo.

Szczepan Twardoch czerpie z Ryszarda Wagnera i samego siebie

O innej swojej inspiracji Twardocha, zaczerpniętej z opery Ryszarda Wagnera „Zygfryd”, pisze wprost w niemieckim motcie, które da się przetłumaczyć jako „Krew płonie jak ogień”. Dotyczy oczywiście wszystkich na Górnym Śląsku w czasie walki o przynależność regionu. Ale ważne jest też to, że u Wagnera wspomniana fraza pada, gdy Zygfryd zabija smoka Fafnera, a kropla smoczej krwi rozmazana na ustach, daje rycerzowi magiczną zdolność rozumienia mowy ptaków.

Nie spoilerując zbyt wiele, trzeba wspomnieć, że Pisula odbywa w pewnej kopalnianej jaskini walkę z potworem, który broni skarbu śląskich gangsterów. Od początku wiemy, że detektywistyczne możliwości Pisuli powiększa poza zwykłe ludzkie możliwości wyjątkowa relacja z tytułowym puszczykiem. W warstwie ludowo-legendowej, która dodaje powieści smaku fantasy, jest też śląski bebok oraz ktoś, przed kim dzieci trzeba trzymać z dala.

Twardoch, konstruując swojego nowego bohatera Pisulę, nawiązał też do barwnego bohatera swojej powieści „Król”. Chodzi o Pantaleona Karpińskiego. Karpiński był rozdarty duchowo i fizycznie, mając na potylicy nieuformowanego brata syjamskiego, wściekłego na świat z powodu swojej odmienności i ułomności. Karpiński nazywał go „diabłem bratem”.

Czytaj więcej

„Przemienienie”: Szczepan Twardoch na tropie putinowsko-prawicowego spisku

Pisula, któremu matka poskąpiła na chrzcie drugiego imienia, ma z kolei drugą duszę, którą można nazwać „diablicą siostrą”, przygadującą Pisuli pieprznym, śląskim językiem. Pchającą do zła, uwielbiającą dawne oraz nowsze używki, w tym kokainę polecaną przez Freuda. Motyw wewnętrznego rozdarcia, odmienności, nieprzystawania do środowiska, skrywanej prawdy o sobie, ale też poszerzenia pola widzenia świata za cenę rozdarcia, jest więc dla Twardocha wciąż ważny.

Jednocześnie Pisula to jeden z nielicznych bohaterów Twardocha, niebędący brutalem wobec kobiet. I wiele jest u niego zrozumienia dla tych, które straciły w czasie wojny ukochanych, mężów i synów. Kobieca strona Pisuli, choć nie łączy się to z żadnym zniewieścieniem, jest bardzo mocna.

Szczepan Twardoch o Szczepanie Twardochu, ale w kamuflażu

Nie da się już napisać później o narracyjnych, autobiograficznych i autoironicznych grach Twardocha. Bardzo to zabawne, że Pisula ma ogromne zamiłowanie do eleganckich ubrań, zegarków, innych męskich gadżetów oraz broni palnej (Panie Szczepanie, skąd my to znamy?). A jeszcze zabawniejsze jest to, że Twardoch ustami Pisuli z tego wszystkiego się podśmiewa. Jak również z wizyt u najwytworniejszych krawców. Oczywiście wizyt Pisuli!

Są gry komiczne bardziej zakamuflowane, bo przecież inaczej autorowi siebie samego komplementować nie wypada. Najpierw czyni ze swojego pilichowieckiego bohatera prostaczka bożego, który dzieli się z nami różnymi mądrościami, zastrzegając, że sam by ich nigdy w życiu nie wymyślił. Zaraz potem wskazuje źródło owych mądrości, czyli swojego przyjaciela Wendelina. Wendelina Dragę! Draga zaś, jak wiadomo, to rodzinne nazwisko Twardocha. W dodatku Draga pisze znakomitą powieść. Jaką? Proszę się domyślić lub dowiedzieć samemu. Tak jak przeczytać sceny strzelanin, pościgów i nieoczekiwanych zwrotów akcji, które powinniśmy kiedyś zobaczyć w serialu, świetnym jak „Król”.

Czytaj więcej

Co będzie, gdy wejdą Ruscy i zaczną się rozbiory? Nowa sztuka Szczepana Twardocha

Napisałem na początku, że „Waldkauz” to jedna z najlepszych książek Szczepana Twardocha. A jeśli teraz dostał Nike za „Nulla” – czy dostanie za rok za „Waldkauz”? Cóż, może zachwyconym jurorom nie będzie przeszkadzać to, że autor pod koniec książki lekko się roznamiętnił i coraz częściej operuje repetycjami.

Ale jeśli nawet Twardoch nie będzie pierwszym polskim autorem, który dostanie dwie Nike z rzędu, nagroda Angelusa za najlepszą powieść środkowoeuropejską może go nie ominie, choć 14 października premierę ma nowa powieść Olgi Tokarczuk. Ależ to będzie pasjonująca rywalizacja!

Pewne jest jedno i mamy na to dowód w postaci deklaracji autora w postaci ostatniego zdania: „Ciąg dalszy nastąpi”. A wręcz już jest pisany.

Szczepan Twardoch, „Waldkauz", Marginesy, 2026

Szczepan Twardoch, „Waldkauz", Marginesy, 2026

Foto: Mat. Pras./Marginesy