Spodziewałem się znaleźć w tej książce wiele pól niezgody z jej autorką. Nie powiem, że w książce Józefy Hennelowej „Otwarty, bo Powszechny" ich w ogóle nie ma, ale zarazem znalazłem tu zaskakująco wiele myśli i ocen zbieżnych, a niekiedy tożsamych z moimi. I o tym chcę najpierw powiedzieć.
Kiedy pod koniec lat 90. prowadziłem z Józefą Hennelową rozmowy na potrzeby książki, wywiadu rzeki „Bo jestem z Wilna", była w nich między innymi mowa o jej latach młodzieńczych w tym mieście. Może szczególnie frapujące były jej opowieści o okupacyjnym duszpasterstwie młodzieżowym w kościele św. Katarzyny, prowadzonym przez benedyktyna o. Jacka Matusewicza.
Liturgia: sacrum i wspólnota
Tam kilkunastoletnia Józefa Golmontówna po raz pierwszy została wprowadzona w tajemnicę liturgii mszy św. sprawowanej tak, że czuje się w niej zarazem żywą obecność Boga, jak i żywą obecność wspólnoty zgromadzonej przy ołtarzu. Liturgii pięknej, choć oszczędnej, a nawet ascetycznej w formie, liturgii skupionej na Tym Co Najważniejsze.
To był dla mnie ważny trop dla zrozumienia sylwetki Józefy Hennelowej. Ten trop mówił, że już 20 lat przed Vaticanum Secundum jako młoda dziewczyna przeżywała ona w liturgii to, co sobór dopiero zalecał. Inaczej mówiąc, w roku 1965 (rok zakończenia obrad soboru) dla niej i dla wielu ludzi z kręgu „Tygodnika" ta reforma była czymś z dawna oczekiwanym, a nawet wytęsknionym. Więcej: czymś, co czyniło, że czuli się w Kościele znowu u siebie.
W obecnie wydanej książce Hennelowa jeden rozdział („Tajemnica między Bogiem i ludźmi", przedruk z miesięcznika „Znak" nr 10/2010) poświęca właśnie liturgii. Wiele akcentów jest tu zbieżnych z duchem naszych rozmów sprzed z górą dekady, ale jedna rzecz zaskakuje.
Hennelowa upomina się o dobrą pamięć kilku bliskich jej ludzi, skrzywdzonych przez Kościół
Ten tekst jest rodzajem komentarza po wydaniu przez Benedykta XVI w 2007 r. listu apostolskiego Summorum Pontificum, w którym zgadza się on na odprawianie mszy św. według starej, przedsoborowej liturgii (tzw. msza trydencka) na takich samych prawach, na jakich odprawiana jest msza posoborowa. Wprawdzie pamiętałem, z jakim szacunkiem moja rozmówczyni wspominała i pobożność ludu wileńskiego, i atmosferę sacrum samej mszy w wileńskich kościołach w latach 30. i 40., ale mimo to sądziłem, że papieska decyzja będzie stanowić dla niej jakąś trudność. A nawet dwie trudności: pierwszą dotyczącą samej liturgii, drugą dotyczącą środowisk tradycjonalistycznych w Kościele.
Jeśli chodzi o liturgię, katolikom posoborowym mogłoby być żal tego wszystkiego, co w nowej mszy buduje wspólnotę wiernych i wspólne, do pewnego stopnia, sprawowanie Najświętszej Ofiary przez wiernych i kapłana. Jeśli chodzi o środowiska tradycjonalistyczne, będące beneficjentami decyzji Papieża, to ich krytyka „modernizmu" jest – delikatnie mówiąc – mało powściągliwa i „Tygodnik Powszechny" jest przez nie od lat obcesowo rugany za swoje i za nie swoje grzechy.
Z tych to powodów sądziłem, że papieska decyzja wzbudzi u Hennelowej raczej krytykę niż aprobatę. Pomyliłem się i to w dwójnasób: najpierw co do bilansu zalet i wad nowej i starej liturgii, a następnie co do stosunku do tradycjonalistów. Otóż autorka widzi w posoborowej mszy nie tylko zalety, widzi wiele wad w jej praktycznym sprawowaniu, pokazuje, jak bardzo soborowe słuszne zalecenia nie zadomowiły się w polskim Kościele, a przez to jak bardzo ideał, o który chodziło, nie został osiągnięty. W tym sensie, zdaje się mówić Józefa Hennelowa, stara msza nie będzie odtąd konkurować w praktyce z piękną liturgią zaleconą przez Sobór, ale z liturgią taką, jaka realnie jest odprawiana w polskich kościołach. Jeśli chodzi o tradycjonalistów, autorka w ogóle nie wchodzi w polemikę z nimi (a miałaby się o co spierać), tylko skupia się na ich założeniach liturgicznych. I robi to tak, jak się zawsze robić powinno: stara się widzieć istotę rzeczy. Zaś tu istotą rzeczy jest troska o zachowanie sacrum w sprawowaniu mszy. Tu Hennelowa mogłaby się zgodzić – czemu nie? – z samym arcybiskupem Lefebvrem. Praktyczny przykład szukania tego, co łączy, ponad tym, co dzieli – chapeau!
Kościół triumfujący
Dla Józefy Hennelowej jest wielkim dyskomfortem obraz polskiego Kościoła po roku 1989. A może i więcej: raną na jej wyobrażeniu o tym, jaki ten Kościół powinien być. Boli ją to, w jaki sposób Kościół upominał się o swoją, zagrabioną przez komunistów, własność. Boli ją sposób, w jaki dokonało się wprowadzenie religii do szkół. Także to, w jaki sposób Kościół potraktował kilku ludzi wielkiego formatu. I wiele innych, a podobnych zjawisk... Podzielam ten ból.
Gdy w dekadzie 1990 – 2000 pisałem dużo o Kościele w Polsce, pisałem właśnie w tym duchu. To było przekonanie, że Kościół nie odnajduje się w demokratycznym porządku i nadmiernie usiłuje ten – świecki, bądź co bądź – porządek poddawać swojemu oddziaływaniu, także oddziaływaniu normatywnemu via instytucje państwa. I zarazem przekonanie, że to szkodzi nie tylko demokratycznemu państwu, ale i Kościołowi, ponieważ zatracając się w trosce o szczególny status w porządku prawnym, Kościół podważa siłę swojego ewangelicznego świadectwa. Inaczej mówiąc, to była krytyka Kościoła z perspektywy świadomego obywatela, ale i z perspektywy świadomego katolika. Szczególnie to drugie niekiedy uchodziło uwagi publiczności, ale – zrozumiałe – budziło silną niechęć tych, którzy wyobrażali sobie powrót Kościoła do życia publicznego jako proste unieważnienie historii lat 1939 – 1989.
Tak uważałem wtedy, a te poglądy nie mieściły się w ówczesnej formule „Tygodnika", stąd moja rezygnacja z udziału w jego redagowaniu na początku lat 90. Ale stare roczniki gazet nie kłamią... Oceniałem wtedy polski Kościół niemal dokładnie tak, jak go dzisiaj, z perspektywy około dwóch dekad, ocenia Józefa Hennelowa. Zatem jaki byłby powód, żeby dzisiaj nie zgodzić się z ogromną większością ocen Hennelowej w tej dziedzinie? Felietonistka „Tygodnika" ma tu po prostu rację – i tyle.
Bywa, że za rację trzeba płacić. Taki też, po trochu, los przypadł w udziale Józefie Hennelowej w latach 90., głównie jako reakcja części, a raczej znacznej większości, środowisk katolickich na jej postawę w sporze o ustawę antyaborcyjną. Jej stanowisko w tym sporze można streścić tak: państwo powinno ograniczyć liczbę aborcji dzięki temu, że prawo przestanie traktować ją jako banalny – z etycznego punktu widzenia – zabieg medyczny. Ale państwo nie może zmusić skutecznie kobiety do urodzenia niechcianego dziecka. Stąd ogólny zakaz, ale i wyliczone enumeratywnie sytuacje wyjątkowe, kiedy aborcja, mimo wszystko, jest dozwolona.
W takich sprawach jak ustawowy zakaz aborcji (inaczej niż w kwestii aborcji samej w sobie) nikt nie jest mądry. Ja w każdym razie nie ufam takim, którzy twierdzą, że wiedzą, jak ten problem definitywnie uregulować. Wydaje mi się, że ustawa z 1993 r. jakoś zbliża się do optimum. Józefa Hennelowa głosowała za tym optimum, chociaż była też przychylna tzw. poprawce Wielowieyskiego (nieuchwalonej) rozszerzającej wyjątki zezwalające na aborcję na „względy społeczne".
Tu bym się spierał. Wysunąłbym głównie argument z poziomu zasad: gdy chodzi o ludzkie życie, jakiekolwiek powoływanie się na „względy społeczne" nie może się ostać. Nawet jeśli kobieta zaszła w ciążę po raz piętnasty, a w domu bieda, aż piszczy. Myślę, że i ta niewygoda kobiety, i ta bieda, to są – jednak – argumenty z innej, niższej półki.
Tak myślę, ale w końcu nie wiem, dopuszczam, że mogę się tu mylić. Ci, którzy napadali (słowo „napadali" jest tu celowe) Józefę Hennelową za jej postawę w kwestii ustawy aborcyjnej, nie mieli żadnych wątpliwości. Nie żałowali inwektyw, podważając – co było może najbardziej dotkliwe – jej szlachetne intencje. Wyobrażam sobie, jak to musiało boleć. W tamtych czasach publicznie wywodziłem, że Józefa Hennelowa zasługuje na szacunek za cywilną odwagę. Nie ma powodu nie powtórzyć tego współcześnie: tak, Józefa Hennelowa zasługiwała na szacunek, a została sponiewierana.
Hennelowa pisze teraz, że nie ma żalu ani do Marka Jurka, który bardzo ostro zwalczał w Sejmie jej postawę, ani do ks. Stanisława Musiała, który w redakcji „Tygodnika" miał wyrazić wątpliwość co do katolickiej prawowierności ówczesnej posłanki Unii Demokratycznej: „Zasugerował ks. Bardeckiemu, szefowi działu religijnego, przeprowadzenie ze mną rozmowy; rozważał nawet pomysł, czy redakcja nie powinna się ze mną rozstać. Nie mam o to wszystko żalu. (...) Ks. Musiał (...) był i pozostał dla mnie przyjacielem oraz odważnym publicystą". Mocno powiedziane – szacunek!
Dobra pamięć
Sama Hennelowa upomina się teraz o dobrą pamięć kilku bliskich jej ludzi, skrzywdzonych przez Kościół. Upomina się na przykład o dobrą pamięć wyżej wspomnianego ks. Musiała, wielkiego orędownika porozumienia polsko-żydowskiego i chrześcijańsko-judaistycznego, który pod koniec lat 90. został usunięty na margines życia kościelnego, co było formą kary za jego – bez żadnej przesady – profetyczną postawę.
Upomina się o dobrą pamięć Jerzego Turowicza. Chodzi o słynny list Jana Pawła II do „Tygodnika Powszechnego" na 50-lecie pisma, w którym Papież napisał: „Pan daruje, jeśli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów [dezawuujących Kościół – RG] odczuwało się jakoś także w >>Tygodniku Powszechnym". W tym trudnym momencie Kościół w „Tygodniku" nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; „nie czuł się dość miłowany" (...)".
Autorka komentuje te słowa tak: „Zarzut, że Kościół „nie czuł się dość miłowany", sprawia mi do dzisiaj ogromną trudność. (...) Nie mam wątpliwości, że Jerzy był tym listem głęboko zraniony.". Ma rację: Jerzy Turowicz starał się w tych latach (moim zdaniem, skutecznie) nie dopuszczać do druku w „Tygodniku" tekstów otwarcie krytycznych wobec Kościoła. I nie chodziło o teksty nieprzyjazne ze swej natury, bo tego nikt nie proponował.
Chodziło mniej więcej o takie teksty, jakie dziś dałoby się skonstruować w oparciu o pewne partie omawianej książki Józefy Hennelowej. Turowicz uważał, że chociaż tego rodzaju krytyka ma podstawy merytoryczne, to nie powinna być w „Tygodniku" uprawiana ze względu na racje wyższe: „Musimy nieść ten krzyż, panie Romku" – powiedział mi naczelny w maju czy czerwcu 1991 roku, w odpowiedzi na jakąś moją, nazbyt jego zdaniem radykalną, propozycję.
Było, po prostu, tak, że Turowicz – wierny katolik szedł tu na ustępstwa kosztem Turowicza – dziennikarza i redaktora. Dlatego zgadzam się z autorką, że słowa z listu Papieża musiały być dla niego raniące.
Upomina się też autorka o dobrą pamięć ks. Andrzeja Bardeckiego. Chodzi o powody, dla których w roku 1991 został on przez naszego ordynariusza, kard. Franciszka Macharskiego, pozbawiony funkcji asystenta kościelnego „Tygodnika". Kardynał, uzasadniając tę decyzję, wskazał na linię polityczną pisma, która to linia – jako żywo! – nie była w gestii asystenta kościelnego. Autorka pisze: „To była i jest głęboka rana, bardzo boląca niesprawiedliwość. Po tylu latach oddanej, znakomitej, pracy ludzie powinni odchodzić na emeryturę inaczej". I dodaje, że trzeba było bardziej stanowczo upomnieć się o księdza Andrzeja, nawet interweniując u Papieża.
Myślę, że tu nie ma racji. Ja – w każdym razie – byłem wtedy innego zdania: zaproponowałem kolegom i szefom, żeby ogłosić, że w tej sytuacji „Tygodnik" nie będzie już u władz kościelnych zabiegał o asystenta kościelnego, bo od tej pory chce prowadzić pismo całkowicie na własną odpowiedzialność – także pozostawiając sobie wolną rękę w kwestii oceny działań Kościoła. Ta propozycja nie zyskała – o ile pamiętam – poparcia także młodszej części redakcji, a z całą pewnością – poparcia kierownictwa.
W końcu upomina się Józefa Hennelowa o dobrą pamięć swojego ojca – Józefa Golmonta. W połowie lat 90. działacz „Solidarności" z Ursusa, Andrzej Krzepkowski, napisał o niej, że jest żydowskiego pochodzenia, a jej ojciec był „wileńskim enkawudzistą". Były to słowa haniebne, gdy chodzi o NKWD, a niedorzeczne, gdy chodzi o żydowskie pochodzenie.
I na tym można byłoby poprzestać, ale odpowiedź Hennelowej idzie dalej i jest niebanalna: „Niestety, pan Krzepkowski napisał całkowitą nieprawdę, nie mam żydowskich korzeni. Mam białoruskie, mam żmudzińskie, oczywiście polskie, ale żydowskich niestety nie". Wielkie uznanie!
Temat, który dzieli
Sporo pisze się w tej książce o zabiegach historyków, by rozeznać i ocenić skomplikowany splot zagadnień związanych z uwikłaniem przed 1989 r. w kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa. Autorka używa tu obiegowego terminu „lustracja", co nie jest właściwe, bo lustracja to prawem określony, bardzo precyzyjny tryb tego sprawdzania, dotyczący osób pełniących niektóre funkcje publiczne. Ten tryb oparty jest na procedurze karnej, co ma swoje konsekwencje, a najważniejsza z nich jest ta, że każda wątpliwość przemawia na korzyść oskarżonego (tu: podejrzanego o kłamstwo lustracyjne).
Ta różnica jest kluczowa, bo prawomocne uniewinnienie kończy sprawę na płaszczyźnie prawnokarnej. Historyk może mieć do tego uniewinnienia (albo do uznania za kłamcę lustracyjnego) 100 uprawnionych z jego punktu widzenia obiekcji, ale w sensie prawnym sprawy już nie ma. Zakończone, już o tym nie mówimy...
Trzeba zdawać sobie sprawę z tej różnicy perspektyw. A jeśli ktoś nakłada na badania historyczne tę perspektywę prawnokarną jako jedyną uprawnioną, to z punktu widzenia historyka pachnie to cenzurą.
Badania historyczne to żadna tam „lustracja", tylko opis tego, jak było. I ja spróbowałem dokonać takiego opisu w odniesieniu do środowiska „Tygodnika Powszechnego" („Cena przetrwania? SB wobec „Tygodnika Powszechnego", Czerwone i Czarne, Warszawa 2011). Autorka ma w sprawie efektów moich badań nader stanowczy pogląd. Różnica zdań jest jak ocean, więc niby należałoby rozmawiać. Wolałbym jednak, z kilku ważnych powodów, do tego bezpośrednio się nie odnosić. Sądzę natomiast, że porównanie tych ocen z tekstem mojej książki pokazałoby, że to są dwa różne byty.
Co do reszty sygnalizuję tylko – z braku miejsca – czym różnią się nasze przedustawne założenia. To ważne, bo one decydują o tym, z jakim nastawieniem podchodzimy do tego rodzaju badań. A nawet, czy w ogóle jesteśmy nimi zainteresowani, czy nie.
Czy uznajemy, że sądowe rozliczenia komunizmu są już skończone, czy też myślimy, że ten mechanizm szwankował i coś jeszcze jest do zrobienia? Czy uznajemy dokumenty Służby Bezpieczeństwa za obciążone jakimś wyjątkowym defektem, gdy chodzi o ich przydatność do badania najnowszej historii Polski, czy też uważamy je za normalne źródło historyczne ze wszystkimi potencjalnymi wadami i zaletami źródła historycznego? Czy uważamy uwikłanie osób publicznych we współpracę z SB za ich sprawę prywatną rozliczaną tak, jak rozlicza się penitenta u spowiednika, czy też sądzimy, że taka rzecz ma wymiar publiczny i opinia publiczna ma prawo dowiedzieć się (wyjąwszy informacje wrażliwe), jak było? Czy uważamy, że skoro współpraca z SB nie mówi całej prawdy o człowieku, to można informacje o tej współpracy całkowicie pominąć, czy też – przeciwnie – sądzimy, że choć ta wiedza nie mówi wszystkiego o człowieku, to jednak ma jakieś znaczenie dla jego ogólnego obrazu, a poniekąd dla ogólnego obrazu epoki?
Od odpowiedzi na te i podobne pytania zależy, jak ocenimy jakieś konkretne przedsięwzięcie badawcze. Przy czym postawa reprezentowana konsekwentnie przez pierwsze człony zarysowanych tu alternatyw musi prowadzić do tego, że każda praca historyczna o roli SB – zła czy dobra z profesjonalnego punktu widzenia – będzie oceniona jako: zbędne jątrzenie w narodowym porozumieniu Polaków; rzecz oparta na niewiarygodnych dokumentach; wdzieranie się butami do sumień; oczernianie biografii ludzi z powodu nieistotnego epizodu w ich życiu.
Tak to musi wyglądać. Dlatego rozmowa między zwolennikami obu tych przeciwstawnych założeń musi być dramatycznie trudna. Mniej więcej tak, jak trudna musiałaby być rozmowa Józefy Hennelowej z abpem Marcelem Lefebvrem (zm. 1991 r.) na temat – bo ja wiem? – ekumenizmu czy wolności prasy. Ich hipotetyczna rozmowa o nowej i starej mszy też nie byłaby łatwa, ale jak pokazała Józefa Hennelowa w swojej książce, potrafiła ona zobaczyć nawet u kogoś na podobieństwo Marcela Lefebvre'a coś ważnego (jakąś ludzką cechę), z czym sama może się zgodzić.
Czy to daje jakąś nadzieję?
Autor jest dziennikarzem i publicystą. W latach 1984-1991 pracował w „Tygodniku Powszechnym"