—korespondencja z Pekinu

Można podać – to już wszystkie polskie medale w Pekinie. Wyszło osiem, trzy złote, jeden srebrny, cztery brązowe. Te sobotnie – od dyskoboli, też niezbyt cicho zapowiadane, bo przecież Małachowski to od lat niezwykle solidna firma, a Urbanek – firma w fazie silnie wzrostowej.

W konkursie dyskoboli, o dziwo, więcej emocji dostarczył start tego drugiego. Małachowski bowiem zrobił co miał zrobić – wybrał sprzęt, wszedł do koła bez zbędnych ceregieli, wykonał co miał wykonać: 65,09 m, prowadzenie i myśl, że w drugiej próbie ma być jeszcze lepiej. Było: 67,40 i uśmiech poparty odpowiednim gestem.

Tak wygrywają mistrzowie, nikt ich z kolejnych, mniej efektownych prób nie będzie rozliczał. Z Urbankiem działo się z początku gorzej – luzu mało, blokada wyraźna. Dysk przelatuje za białą linię oznaczającą 60 m niewiele. Dwie marne próby i jest ledwie 9. pozycja, czyli zaraz ucieknie wąski finał.

Może właśnie tego strachu trzeba było polskiemu dyskobolowi, bo za trzecim razem machnął 64,14 (ale zanim wynik pojawił się na świetlnych tablicach, też trzeba było się denerwować, bo na chińskiej murawie były tylko dwie linie oznaczające 60 i 70 m. Środkową — 65 m, która dawała lepszą ocenę rzutów widzieli tylko telewidzowie, bo rysował ją komputer.

Polak dał więc sobie szansę na kolejne trzy rzuty i od tej chwili już potrafił ją wykorzystać. To ładnie wyglądało: czwarta próba – awans z 7. na 5. miejsce, następna – skok na podium, przed Gerda Kantera. Tylko Philipa Milanova wyprzedzić się nie dało, bo Belg w przypływie energii machnął raz 66,90 i ustanowił rekord kraju.

Odrobinę nerwów wprowadził jeszcze ostatni rzut Christopha Hartinga, brata sławniejszego Roberta. Niemiec spalił (fakt, że niewiele nastąpił na krawędź koła), potem trochę naciskał na sędziów, by rzut uznali (było ok. 65 m), skończyło się na weryfikacji telewizyjnej. I tak nieco wydłużoną drogą polski brąz doszedł do polskiego złota.

Potem akcja była prosta: zaprosić belgijskiego kolegę z flagą do dwóch flag biało-czerwonych, defilować przed trybuną wypełnioną chyba połową reprezentacji Polski, odrobić obowiązki medialne i wreszcie się cieszyć w hotelu.

Przydały się te medale w tę gorącą z wielu względów sobotę, bo wcześniej dwie polskie szanse uciekły. Nie jakoś dramatycznie, obyło się bez łez, ale jednak. W skoku wzwyż Kamila Lićwinko była czwarta, 2,01 m dawało medal, skoczyła 1,99. Konkurs pod każdym względem był dobry.

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Zaczęły od wysokości 1,88 m. Dziesięć skoczyło od razu, trzy za drugą próbą. Odsiew zaczął się cztery centymetry wyżej – ubyła piątka, z tych bardziej znanych Chorwatka Ana Šimic, z tych bardziej swojskich – Swietłana Radziwil z Uzbekistanu. Zostało osiem, w tym Anna Cziczerowa, która 1,92 m śmiało opuściła.

Poprzeczka w górę – na wielkich tablicach świetlnych stosowny napis, żeby stadion się nie pogubił – 1,95 m. Trzy próby Kamili Lićwinko (od 1,88 do 1,95), trzy razy brawa biły się same. Polka potrzebowała zastrzyku optymizmu, by nie myśleć o rywalkach, o presji, o różowych taśmach przylepionych po obu stronach kręgosłupa.

Półmetek konkursu wyznaczył się sam – panie stanęły na starcie finałowego biegu na 800 m. Na torze nr 4 – Joanna Jóźwik, ubiegłoroczne odkrycie polskich biegów średniodystansowych. Pobiegła dobrze, taktycznie może nawet lepiej, niż w półfinale. Pierwsze okrążenie – tempo dość skromne, Jóźwik na końcu, będzie atakować nieco później. Ten pomysł miały jednak i inne. Ruszyła Kenijka Sum, za nią Kanadyjka Melissa Bishop, ale gdy przyszło do starcia na ostatniej prostej – wygrała Białorusinka Maria Arzamasowa.

Polka zrobiła wszystko jak trzeba, wybiegała drugi wynik kariery (1.59,09), ale sił jednak zabrakło, na mecie była siódma. – Nie mogę sobie nic zarzucić. Jak miałam pobiec, tak pobiegłam. Po prostu zabrakło mi sił. Bieg półfinałowy jednak dał o sobie znać. Rywalki były mocne i nie udało mi się ich wyprzedzić na przedostatniej prostej. Nic mnie nie zaskoczyło, może tylko to, że bieg zaczął się tak wolno. Ale jak by było jeszcze wolniej, też biegłabym na końcu. Do swego czasu też nie mogę się przyczepić – mówiła.

Przed panną Joanną jeszcze wiele biegów, być może równie ważnych. Finał MŚ też jest dla niej sukcesem. Tegoroczne bieganie Joanna Jóźwik zakończy na mityngach w Berlinie i Rieti, ale wcześniej może być jeszcze Diamentowa Liga w Zurychu. Potem już tylko jeden cel – dobry start w Rio. Mistrzostwa w Pekinie pokazały, że warto się starać.

Kiedy zmęczona Joanna Jóźwik podniosła się z bieżni, w skoku wzwyż panie skakały 1,97, skoczyło sześć, dwa centymetry wyżej i wciąż w akcji jest szóstka. Lićwinko zrobiła wszystko jak należy – nie strąciła. Granica 2 metrów (dokładnie 2,01) była więc atakowana przez sześć wspaniałych.

Test prawdy przeszły trzy: dwie Rosjanki i Chorwatka. Polka niestety nie, choć dużo nie brakowało. Konkurs skończył się jak nożem uciął, gdy poprzeczka zawisła na wysokości 2,03. Próby policzono, wyszło, że wygrała Maria Kuczina, przed Blanką Vlašić i Anną Cziczerową.

– Mimo czwartego miejsca jestem zadowolona. Pokazałam, że potrafię skakać w tak ważnych konkursach, że mogę skakać wysoko. Zabrakło mi na 2,01 m odrobiny spokoju. Liczę jednak, że jeszcze w tym sezonie poprawię rekord życiowy. Największe podziękowania – dla profesora Jana Blecharza, za pomoc psychologiczną – oświadczyła Polka.

Polskie radości nie przesłoniły radości innych. Niewiele osób mogło w Pekinie poprawić rekord świata, dał radę dziesięcioboista Ashton Eaton – teraz to wynik 9045 punktów. Napięcie było do końca finałowego biegu na 1500 m, stadion wiedział, że do rekordu potrzeba, by Amerykanin miał czas nie gorszy, niż 4.18,00 min.

Zegar ruszył, cyferki się zmieniały oni biegli jak to dziesięcioboiści – w każdym ruch przełamywali skumulowane przez dwa dni zmęczenie. Nikt nie parzył na najszybszego, tylko na pozycję Eatona. gdy Amerykanin wbiegał na ostatnią prostą widać było, że będą decydować sekundy, dwie, może jedna.

Wbiegł na metą w czasie 4.17,52, takiego scenariusza nie da się wyreżyserować: dziesięcioboista leży łapiąc tlen (inni też się przewracają), a komputery szybko wyliczają i dają na wyświetlacz za plecami leżących: jest rekord świata, poprawiony o sześć punktów. Kiedy Eaton odzyskał władzę w nogach, poszedł najpierw odebrać gratulacje od żony, srebrnej medalistki w siedmioboju.

Potem były zdjęcia z wynikiem, bratanie się z kolegami wieloboistami, flagi na głową. Wtedy dopiero zauważono innych – drugiego Damiana Warnera, który ustanowił rekord Kanady (8695) i trzeciego Rico Freimutha, który ustanowił rekord życiowy. Polak, Paweł Wiesiołek zajął 17. miejsce.

Dzień zakończyły bębny. Grały w zasadzie tylko dla Jamajki – najpierw dla sztafety 4x100 m kobiet, czyli Shelly-Ann Fraser-Pryce i koleżanek. Potem dla dla sztafety 4x100 m mężczyzn, czyli Usaina Bolta i koleżanek. Bębny biją wtedy, gdy sztafetowe czwórki wchodzą kolejno na bieżnię – taki nowy chiński zwyczaj, ale może się przyjmie gdzie indziej.

Bębnów chyba nie polubią: żeńska sztafeta Holandii, zdyskwalifikowana za przekroczenie strefy zmian, żeńska sztafeta Rosji, gdyż nie skończyła biegu. Nie polubi też męska sztafeta USA – Justin Gatlin, Tyson Gay i inni też nie zmieniali pałeczki poprawnie. Nawet jakby zmieniali, to Bolta dogonić nie mogli. Potrójnie złoty idol rodaków, Chińczyków i paru innych nacji jeszcze raz zrobił z mistrzostw świata wielką scenę swych wyjątkowych sukcesów.

Po zwycięstwie sztafetowym długo był na stadionie, odebrał brawa i należne hołdy. Sławę Usaina można mierzyć na wiele sposobów, w Chinach jednym z nich jest to, że ochrona sprintera rośnie w oczach. Chińscy kibice nie znają przeszkód, by rzucić się nań z piskiem. Kto jednak dotrze za blisko, tego zaboli.

> Podium i okolice:
KOBIETY
4x100 m:
1. Jamajka (V. Campbell-Brown, N. Morrison, E. Thompson, S. A. Fraser-Pryce) 41,07 (rek. MŚ)
2. USA (E. Gardner, A. Felix, J. Prandini, J. Todd) 41,68
3. Trynidad i Tobago (K. A. Baptiste, M. L. Ahye, R. Thomas, S. Hackett) 42,03
800 m:
1. M. Arzamasowa (Białoruś) 1.58,03
2. M. Bishop (Kanada) 1.58,12
3. E. Jepkoech Sum (Kenia) 1.58,18
... 7. J. Jóźwik (Polska) 1.59,09
Skok wzwyż:
1. M. Kuczina (Rosja) 2,01
2. B. Vlašic (Chorwacja) 2,01
3. A. Cziczerowa (Rosja) 2,01
4. K. Lićwinko (Polska) 1,99
MĘŻCZYŹNI
4x100 m:
1. Jamajka (N. Carter, A. Powell, N. Ashmeade, U. Bolt) 37,36
2. Chiny (Y. Mo, Z. Xie, B. Su, P. Zhang) 38,01
3. Kanada (A. Brown, A. De Grasse, B. Rodney, J. Warner) 38,13
5000 m:
1. M. Farah (W. Brytania) 13.50,38
2. C. Mwangangi Ndiku (Kenia) 13.51,76
3. H. Gebrhiwet (Etiopia) 13.51,86
Dziesięciobój:
1. A. Eaton (USA) 9045 (rek. świata)
2. D. Warner (Kanada) 8695
3. R. Freimuth (Niemcy) 8561
... 17. P. Wiesiołek (Polska) 7705
Rzut dyskiem:
1. P. Małachowski (Polska) 67,40
2. P. Milanov (Belgia) 66,90
3. R. Urbanek (Polska) 65,18

> Klasyfikacja medalowa (zł., sr., br., razem)
1. Kenia 6 4 3 13
2. Jamajka 6 2 3 11
3. USA 5 5 6 16
4. W. Brytania 4 1 0 5
5. Polska 3 1 4 8 6. Rosja 2 1 1 4 7. Kuba 2 1 0 3 8. Chiny 1 5 1 7 9. Kanada 1 3 3 7 9. Niemcy 1 3 3 7

> Niedzielne finały
01:30 Maraton K
12:30 Skok wzwyż M
12:45 Rzut oszczepem K
13:15 5000 m K
13:45 1500 m M
14:05 4x400 m K
14:25 4x400 m M