Wcale nie zdrady undergroundowych ideałów, lecz debiutu płytowego: intrygującego jednych, rajcującego młodych, a – być może - bulwersującego starszych z powodu tekstów, od których „więdną uszy”.
Cała zresztą otoczka premiery jest taka. Jak napisał Marek Fall w newonce.pl – Warner tak był napalony, żeby mieć Osę w swoim katalogu, że opublikowałby płytę nagraną zgodnie z instrukcją, cytuję, „możesz uderzać penisem o parapet, a my i tak to wydamy”.
Osa sugestię zachował chyba na koniec kariery. Teraz potrafi być frywolniejszy. Wcześniej w wywiadzie dla newonce.pl mówił, że woli być nazywany żulem niż raperem i to się dopiero nazywa autoironia. Z rapu szydzi, zaś „żul” to niezła przewrotka dzisiejszego trikstera, który nie daje się zaszufladkować nawet w najmodniejszym gatunku. Papiery na żula ma: ach te jego przekleństwa (prawdziwe bagno!) i naturalistyczne aż do bólu (prawdziwego) obserwacje kosmicznych, nomen omen, balang na wrocławskim osiedlu Kosmos. A przecież nawet literaturoznawcy z XX w. podarowaliby Osie w uznaniu zasług kostium poety, który kiedyś nazywałby się wyklęty jak inny wrocławianin Rafał Wojaczek. Może i dziś spotka się z krytyką. Jeśli tak - z pewnością pomoże w sprzedaży płyty lepiej niż tytuł.
Ale niech lepiej płyta Osy nie będzie współczesnym bohaterem przestrogi o tłuczeniu termometru, gdy pokazuje zbyt wysoką temperaturę. W tym przypadku – emocji. Emocji młodych ludzi, którzy niejedno przeżyli, bo żyją ekstremalnie. Ekstremalna jest też muzyka, rozpięta między punkiem – jedna z kompozycji „Spytaj policjanta” nawiązuje znacząco do Dezertera - a mroczną elektroniką, która nie towarzyszy niewinnym zabawom.
Osa na szczęście żyje, choć żądli po wielokroć, by uświadomić, że polskie blokowiska są areną strzałów – także złotych. W tym przypadku walenie w artystów, którzy operują językiem Geneta i Sex Pistols (dzis to już chyba klasycy) – nie ma sensu. Tak postąpiłby gombrowiczowski profesor Pimko. Lepiej nadstawić uszu, by wiedzieć co w trawie piszczy i odczytać, w czasami przerażających tekstach, głos wrażliwości, a być może wołania o ratunek w imieniu pokolenia, choćby nawet jego części.
Warto się w ten krzyk wsłuchać, choć nie oczekujcie od wokalisty perfekcyjnej dykcji Jana Peszka albo studenta Akademii Teatralnej, zgrzeszycie bowiem wtedy czymś, co dziś nazywa się „bodyshaming”. Tak: warto na początku nie zrozumieć, co śpiewa Osa, żeby potem tym bardziej pojąć o co mu chodzi. Hit „Zakochałem się w twojej matce” wskazuje, że Osa nawet wśród pokolenia rodziców może liczyć na wzajemność.