Był objawieniem, przepowiadano mu światową karierę, bo też tak jak Dariusz Paradowski nie śpiewa nikt. Ani żaden mężczyzna, ani żadna kobieta. Jego śpiew wymykał się wszelkim klasyfikacjom.
Teoretycznie zaliczyć należałoby go do kontratenorów. Ale w przeciwieństwie do innych mężczyzn obdarzonych tym rodzajem głosu Dariusz Paradowski miał większą głębię i skalę jak kobiece soprany. Fenomen, jaki zdarza się raz na wiele, wiele lat.
W dawnych stuleciach tak śpiewali kastraci: delikatnie jak kobiety, a jak mężczyźni mocno. Nic dziwnego, że Dariusz Paradowski sięgnął po ich repertuar. Jego płyta z ariami Mozarta skomponowanymi w operach dla kastratów, wydana w 1995 r., była wydarzeniem. Spektakle
z jego udziałem przyciągały tłumy fanów, z występów zagranicznych przywoził entuzjastyczne recenzje.
Dariusz Paradowski miał jednak dość tej natrętnej sławy, a może ciągłego traktowania go jako fenomenu natury. Zniknął ze sceny, zajął się nauczaniem innych. Od kilku lat znów śpiewa, częściej jednak za granicą niż w kraju.
Teraz przedstawia się w innym niż kiedyś repertuarze, bo i jego głos zmienił barwę. Choć zachował giętkość i blask, bliższy stał się mezzosopranom.
Na płycie Dariusz Paradowski nagrał 21 pieśni, od Mozarta poprzez romantyków, Chopina i Karłowicza do tworzącego w I połowie XX wieku Katalończyka Ferrana Obradorsa. Tym repertuarowym galimatiasem postanowił chyba udowodnić, że potrafi wiele. Nie chce, by znów zamykać go w jednej szufladce jak kiedyś.
Płyta jest bardziej dowodem wszechstronności niż artystyczną kreacją. Paradowski śpiewa pięknie, ale zamiast dość bezbarwnie wykonanych pieśni rosyjskich wolałbym więcej równie wspaniałych interpretacji liryków Schuberta, zamiast nudnego Richarda Straussa – świetne hiszpańskie klimaty Obradorsa.
Tak niezwykłego artystę jak Paradowski stać na niepowtarzalne kreacje. Na razie dał ich jedynie przedsmak.
[i]Dariusz Paradowski; Pieśni DUX, 2008[/i]