Jeśli Francuzi sądzą, że swą oryginalną kulturą mogą dziś podbić świat, losy „Les Misérables" powinny wyprowadzić ich z błędu. To Anglicy i Amerykanie zapewnili mu nieprzemijającą popularność.

Mało kto w ogóle pamięta nazwiska twórców tego musicalu. To Alain Boublil i Claude-Michel Schönberg. Są Francuzami, ten drugi ma węgierskie korzenie. W gatunku należącym do globalnej kultury masowej, ale którego absolutnymi mistrzami są Amerykanie, dwukrotnie odnieśli ogromny sukces. Są autorami nie tylko „Les Misérables", ale i równie popularnej „Miss Sajgon".

W obu jednak przypadkach światowy rozgłos zyskali dopiero, gdy ich musicale poddano odpowiedniej obróbce. Prapremiera „Les Misérables" odbyła się co prawda w 1980 roku w paryskim Palais des Sport, firmował ją reżyser i gwiazdor filmowy Robert Hossein, ale po 100 spektaklach, które obejrzało około pół miliona widzów, trzeba było ustąpić miejsca innym wydarzeniom zaplanowanym w tym sportowo-widowiskowym obiekcie.

Fascynujący nudziarze

Na szczęście pozostało płytowe nagranie, które usłyszał Brytyjczyk Cameron Mackintosh. Karierę w musicalowym biznesie zaczynał jako chórzysta, potem został producentem i okazało się, że ma niesamowite wyczucie. Od połowy lat 70. inwestował w tytuły, które okazały się absolutnymi hitami: „Koty", Upiór w operze", „Miss Sajgon". To w dużej mierze dzięki niemu musical stał się produktem atrakcyjnym w każdym kraju, on zaś zarabia miliony, sprzedając na nie inscenizacyjne licencje.

– Większość klasycznych musicali pokazywała sposób życia i myślenia amerykańskiego społeczeństwa – tłumaczył mi przed laty tajemnicę swego sukcesu. – Światową karierę robią zaś takie tytuły z Broadwayu jak „West Side Story", „My Fair Lady" czy „Skrzypek na dachu", które albo sięgają do klasyki, albo korzenie kulturowe mają w Europie, a więc siłą rzeczy nabierają bardziej uniwersalnego charakteru. W „Les Misérables" Boublil i Schönberg dokonali genialnej adaptacji „Nędzników" Victora Hugo, jednej z najbardziej przejmujących powieści, która stała się klasyką we wszystkich krajach.

Mackintosh doceniał walory „Les Misérables", ale zanim tytuł wprowadził na londyński West End, zaangażował Herberta Kretzmera (autora angielskich tekstów do piosenek Charlesa Aznavoura) oraz Jamesa Fentona. Dokonali oni zmian w libretcie, a kompozytorowi Schönbergowi zasugerowali nowe numery muzyczne.

Premiera angielskiej wersji „Les Misérables" odbyła się w 1985 roku w Barbican Theatre. – Kiedy rano w gazecie przeczytałem, że „Nędznicy" zostali zredukowani do „Nudziarzy", moje serce zamarło – wspominał Mackintosh. – Około południa zadzwoniłem do kas, by przekonać się, jak złe recenzję wpłynęły na spadek sprzedaży, a okazało się, że od rana kupiono rekordową liczbę 5 tysięcy biletów. Publiczność zagłosowała nogami.

Amerykanie odnajdują w tym musicalu najważniejsze wartości. To opowieść o wolności i demokracji

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Tak się zaczęło i trwa do dziś. Inscenizacja londyńska grana jest nieprzerwanie od 1985 roku, zmienia tylko sceny, na których można ją oglądać, dano już ponad 10 tysięcy spektakli. „Les Misérables" to musical najdłużej utrzymujący się w repertuarze na West Endzie (za nim jest „Upiór w operze"). Na Broadwayu pojawił się w 1987 roku, wytrwał do 2003 roku, osiągając liczbę 6680 tys. przedstawień (czwarty wynik w historii amerykańskiego teatru muzycznego). W 2006 roku dokonano jego scenicznego wznowienia. Musical wystawiono też w ponad 40 innych krajach.

Opera bez przeboju

Czym wytłumaczyć fenomen jego popularności? – Niezwykłe jest libretto, w którym autorzy objęli większość tematów z powieści Hugo. A muzyka to absolutne mistrzostwo świata, nie ma w niej ani jednej zbędnej nuty – uważa Wojciech Kępczyński, reżyser „Les Misérables" w Teatrze Roma w 2010 roku. – Jest to przy tym materiał niezwykle trudny pod względem dramaturgicznym, realizatorskim i aktorskim. Wykonawcy muszą umieć śpiewać i wiarygodnie zagrać bardzo skomplikowane postaci.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni 17 lat, od 1815 do 1832 roku i pokazuje wiele zdarzeń, z rewolucją na ulicach Paryża włącznie. Głównym bohaterem jest były galernik Jean Valjean, który usiłuje rozpocząć uczciwe życie. Wyjątkowość „Les Misérables" polega również na tym, że z jednej strony jest musicalem operowym, w którym wszystkie kwestie są śpiewane, z drugiej zaś – nowoczesnym widowiskiem teatralnym.

„Les Misérables" to typowy produkt lat 80., kiedy  wykrystalizował się tzw. high-tech musical, który miał olśniewać widza techniką i pomysłami inscenizacyjnymi. Cameron Mackintosh wymaga, by wszystkie zmiany dekoracji odbywały się płynnie bez opuszczania kurtyny, a kulminacją jest scena na paryskiej barykadzie, którą widz ogląda zarówno od strony rewolucjonistów, jak i nacierających wojsk królewskich. Niezbędna jest więc scena obrotowa lub sterowane komputerowo ruchome platformy, na których umieszcza się scenografię.

– Nie mielimy właściwie niczego – wspominał Jerzy Gruza polską premierę, którą u schyłku PRL zrealizował w Teatrze Muzycznym w Gdyni. – Nie było dolarów na licencję, dostaliśmy ją za złotówki. Nie miałem pieniędzy na dwie yamahy z komputerowymi dyskietkami, przysłano mi je z Londynu, nie miałem na mikroporty, to pomogło mi Ministerstwo Kultury. A ruchomą barykadę chciała nam zrobić pewna firma z Wiednia, lecz w końcu wykonaliśmy ją sami w tzw. zespołach gospodarczych, bo dysponowaliśmy rzeczą najcenniejszą: entuzjazmem zespołu.

O rozmachu  „Les Misérables" świadczy fakt, że do pokazania tej historii na scenie potrzeba około 400 kostiumów i kilkudziesięciu peruk.

W przeciwieństwie do innych sławnych musicali mogących poszczycić się melodią, która zaczęła wieść samodzielne życie („Memory" z „Kotów" czy „Don't Cry for Me Argentina" z „Evity"), „Les Misérables" nie mają takiego hitu. Owszem, najpopularniejszy numer muzyczny „I Dream a Dream" nagrało wielu wokalistów, a Aretha Franklin zaśpiewała go Billowi Clintonowi na uroczystości inaugurującej jego pierwszą kadencję prezydencką, ale nie jest to przebój ogólnoświatowy.

Dla Amerykanów „Les Misérables" mają wszakże znaczenie wyjątkowe. Ten musical traktują jako opowieść o wolności i demokracji, a więc o ideałach, dla których warto zdobyć się na szczególne poświęcenie.

Dlatego na przykład na zamówienie Departamentu Stanu USA inny numer „Bring Him Home" był podkładem muzycznym do telewizyjnych relacji z wojny w Zatoce Perskiej, a song „Do You Hear the People Sing" towarzyszył transmisjom z zamieszek na placu Tiananmen w Pekinie w 1989 roku.

Komputerowe krajobrazy

Kiedy więc wreszcie Amerykanie zdecydowali się sfilmować ten musical, zrobili to z rozmachem i przy udziale gwiazdorskiej obsady. „Les Misérables" święcą kolejne triumfy, ale gdy za kilka dni wejdą na polskie ekrany, chyba nie osiągną frekwencyjnego sukcesu.

Filmowa wersja wydobywa słabsze strony, tuszuje natomiast zalety „Les Misérables". Patos poszczególnych songów i deklaratywność łączących je śpiewanych dialogów po pewnym czasie zaczyna nużyć tych, którzy nie są – jak Amerykanie czy Anglicy – fanami klasycznych musicali. Tym bardziej że wykonawcy głównych ról: Hugh Jackman (Valjean), Russel Crowe (tropiący go inspektor Javert) i Anne Hathaway (Fantine) nie zachwycają umiejętnościami wokalnymi.

W teatrze „Les Misérables" olśniewają dynamicznym montażem kolejnych obrazów, w filmie taka nieustanna zmiana scenerii jest czymś powszednim. Tu na dodatek tłem dla wykonawców są często dekoracje z dykty lub widoczki z komputera, co sprawia, że od początku po finał widz ma świadomość, iż ogląda nieprawdziwą opowieść.

Można by powiedzieć, że taka jest specyfika gatunku, który niejako z definicji unikał realnej rzeczywistości. Był jednak taki czas w dziejach filmowego musicalu, gdy potrafił on udowodnić, że historie ozdobione piosenkami mogą przekazać ważne życiowe prawdy, by wspomnieć „Kabaret" Fosse'a, „Hair" Formana lub „Chicago" Marshalla. Potem jednak wraz z „Moulin Rouge" Luhrmanna i „Upiorem w operze" Schumachera na ekran wrócił świat sztucznych dekoracji. Teraz wykreowany on został w „Les Misérables".

Być może Amerykanom on wystarczy, nam raczej trudno będzie uwierzyć, że ten film zrealizował  Tom Hooper, który  niedawno zachwycił jakże prawdziwą opowieścią o życiu brytyjskiego monarchy Jerzego VI: „Jak zostać królem". Oba jego tytuły łączy to, iż w każdym świetną rolę stworzyła Helen Bonham Carter.

Na tak wielkie przedsięwzięcie jak „Les Misérables" to za mało.

Jacek Marczyński: Polacy pokochają ten musical?

Les Miserables - musical, który podbija Amerykę