- Mało brakowało, a wszystko rozmyłby deszcz, tymczasem mamy wspaniały koncert – powiedział uśmiechnięty, pełen szczęścia, Robert Plant do 10 tysięcy fanów, którzy zgromadzili się we wtorkowy wieczór w amfiteatrze Doliny Charlotty.

Ani jednej kropli

Plant nie kokietował: że deszcz będzie padał wiedzieli wszyscy. Pytanie brzmiało: o której godzinie i jak wielki? Wszystko wskazywało, że zacznie i rozpocznie się na długo przed koncertem Planta. Ale kiedy sytuacja wydawała się niegroźna – gwałtowna ulewa zalała scenę i sprzęt. W takich warunkach się nie gra. Nikt nie chce ryzykować kontaktu z prądem. Plant też nie na tym buduje swoją wyjątkowość. Dlatego poszedł już podobno sygnał do policji, by zawracała kawalkadę samochodów jadących z fanami do Charlotty. Wtedy jednak wyszło słońce i Plant zgodził się zaryzykować - jeśli nie spadnie ani jedna kropla deszczu.

Rockowy Neptun

Każdy kto widział z bliska brodatego wokalistę otoczonego burzą siwych loków – mógł pomyśleć, że to Neptun. Tym razem Neptun zamiast wywoływać deszcz i burzę – przegnał je z okolic Słupska.

„The Rain Song" niezwykle bliskie zeppelinowskiego oryginału, choć zagrane niemal w akustycznej wersji, zabrzmiało jak hymn triumfu nad siłami przyrody. Plant panował na sceną, imponował dostojeństwem, fantastyczną dykcją i muzyczną kulturą.

To, że nie śpiewa już „The Stairway To Heaven" znaczy tylko tyle, że chce iść własną drogą.

Również na najnowszej płycie wytyczył ją, zmierzając tropem bluesa, rockabilly, folku i rock and rolla w stylu lat 60: z czasów, zanim połączył siły z założycielem Led Zeppelinem – Jimmym Page'em. Jakby chciał zaakcentować własne muzyczne korzenie i tożsamość.

Folkowe akcenty

Fani w Dolinie Charlotty usłyszeli mnóstwo przebojów Led Zeppelin, ale w mocno zmienionych, co nie znaczy słabszych, wersjach. Na otwarcie było „Trampled Under Foot", a potem „Black Dog", „The Wanton Song", „Dazed and Confused", „The Lemon Song" i na zakończenie „Rock and Roll".

W pierwszej części koncertu folkowe akcenty stawiał w rockowych piosenkach afrykański skrzypek Juldeh Camara, grający na skrzypcach jednostrunowych. Środkowa część koncertu należała do urodzonego w Egipcie gitarzysty Justina Adamsa. Grał inaczej niż Page - mocno, precyzyjnie. To on wyczarował dźwięki rockabily I bluesa. Jego solowy popis należał do najlepszych momentów wieczoru. Uderzał wtedy w gitarę pięścią – jak w bęben. Na zmianę w pudło, struny i gryf. Coraz szybciej i szybciej.

Egipskie pióro

Ale najwięcej magicznych momentów wykreował, nie tylko głosem, Plant. Najpierw rzeźbił dłońmi w powietrzu, lepiąc niewidzialne kształty i kierując w stronę widowni strumienie powietrza spointowane wysłanym z ręki buziakiem.

A potem uniósł ramiona ponad głowę i zatrzepotał palcami, co powtorzyło za nim 10 tysięcy fanów, śpiewając refren "Rock And Rolla".

Jeśli ktoś miał wątpliwość, że pozostał Zeppelinem, mógł spojerzeć na perkusję, której front zdobił symbol wokalisty z okresu czwartej płyty zespołu, czyli pióro egipskiej bogini sprawiedliwości i uczciwości Ma'at.

Oddajmy Plantowi sprawiedliwość: to był jeden z najlepszych koncertów ostatnich lat w Polsce.