Przygotowany przez USA plan pokojowy ma 15 punktów – to potwierdzają amerykańskie media. Na razie nie otrzymały ich szczegółów, ale jeżeli prawdziwe są te, które podały media z Izraela, to widać, że wiele z tych punktów jest nie do przyjęcia dla Iranu. W zamian USA oferują atrakcyjne, trzeba przyznać, zniesienie dotkliwych sankcji. 

Reżim ajatollahów nie jest w nastroju do ustępstw większych niż przed 28 lutego, gdy USA i Izrael rozpoczęły wojnę. Na dodatek wciąż powtarza swój zaporowy warunek: likwidację baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie. 

Od poniedziałku widać, że Donald Trump jest poważnie zaniepokojony przebiegiem wojny i jej potencjalnymi konsekwencjami na amerykańskiej scenie politycznej (od tej pory ukazał się najbardziej miażdżący dla niego sondaż, Reutersa i Ipsos, w sprawie oceny jego prezydentury i ataku na Iran).  

Prezydent USA odłożył na później groźby ataków na irańskie elektrownie, które zgodnie z jego wcześniejszym ultimatum miały się rozpocząć z poniedziałku na wtorek. Ogłosił, że toczą się obiecujące rozmowy z Irańczykami na temat zakończenia konfliktu. Nadal tak twierdzi. A na wszelki wypadek, dla zwiększenia presji na ajatollahów, wysyła kilka tysięcy komandosów na Bliski Wschód. 

Czy Amerykanie wybrali sobie irańskiego partnera? Mohamed Bagher Ghalibaf odpowiada: Agresor musi się poddać karze

Iran już w poniedziałek zaprzeczył, że trwają rozmowy z Amerykanami, i oficjalnie do tej pory nic się właściwie nie zmieniło. Kto konkretnie zaprzeczył? Rzecznik MSZ oraz przewodniczący parlamentu. Ten drugi, Mohamed Bagher Ghalibaf, zrobił to dlatego, że pojawił się w przeciekach do zachodnich mediów jako wybraniec Amerykanów na partnera do rozmów. Wybraniec spośród twardych, czyli najbardziej demonicznych z punktu widzenia USA i Izraela, ludzi reżimu. To były dowódca oddziału Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, bliski współpracownik najwyższych przywódców, zabitego na początku wojny Alego Chameneiego oraz jego syna i następcy Modżtaby Chameneiego.

Czytaj więcej

Ali Chamenei nie żyje, ale to nie koniec. „Konsekwencje jego apokaliptycznych decyzji wciąż trwają”

Ghalibaf zapewnienia Trumpa o negocjacjach nazwał fake newsem, który ma na celu m.in. manipulację cenami ropy. Przy okazji zasugerował Amerykanom, że jeżeli miałoby dojść do negocjacji, to „agresor”, czyli oni wraz z Izraelczykami, musieliby poddać się karze i ogłosić skruchę. Karą – tego już nie stwierdził, ale wcześniej inni ważni z Teheranu to wspominali - mają być odszkodowania za zniszczenia wojenne. Potem, jak twierdzi m.in. amerykański dziennik „The Wall Street Journal”, Korpus Strażników Rewolucji przypomniał o warunku wycofania się Amerykanów z regionu i dorzucił jeszcze jeden: pobieranie przez Iran opłat od statków przepływających przez Cieśninę Ormuz.

Reżim czuje się coraz silniejszy i jest gotów do długiej walki. Ostrożny wcześniej prezydent Masud Pezeszkian wychwalał na początku tygodnia „opór i wytrwałość narodu” oraz „gorliwych obrońców ojczyzny”. „Całuję ręce i ramiona żołnierzy!” – napisał Pezeszkian.

Rzecznik MSZ zapewniając, że od wybuchu wojny, 28 lutego, nie było żadnych kontaktów z Amerykanami, dał jednak do zrozumienia, że Amerykanie się do Irańczyków dobijali się od jakiegoś czasu z prośbą o jej zakończenie. Czynili to poprzez „pewne zaprzyjaźnione kraje”.

Pakistan gotowy do goszczenia spotkania amerykańsko-irańskiego. Zadanie dla wiceprezydenta J. D. Vance’a

Na liście tych krajów, publikowanej przez różne media, są Turcja, Egipt i Pakistan, a czasem w tle jeszcze Katar oraz pośredniczący w negocjacjach przed wybuchem wojny Oman.  Na głównego gracza wyrósł Pakistan, posiadający broń atomową sąsiad Iranu. Ma dobre stosunki i z Irańczykami, i z Trumpem (Pakistan to członek założyciel Trumpowej Rady Pokoju), a na dodatek strategiczne partnerstwo z Chinami. 

Brytyjski dziennik „The Financial Times” pierwszy podał, że dowódca wpływowej armii Asim Munir rozmawiał w niedzielę z prezydentem USA, a premier Shehbaz Sharif dzień później z irańskim prezydentem Pezeszkianem.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Trzy przyjaciółki z Teheranu

Owocem tych rozmów może być rychłe amerykańsko-irańskie spotkanie w Pakistanie i to na wysokim szczeblu. Pakistan już oficjalnie, w środę, wyraził gotowość do bycia jego gospodarzem. Premier Shebaz Sharif pod swoim wpisem na ten temat na portalu X oznaczył trzy osoby: prezydenta Trumpa, jego wielozadaniowego specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa i szefa irańskiej dyplomacji Abbasa Araghcziego, który do wybuchu wojny prowadził negocjacje z Amerykanami. 

Nie jest jasne, czy to sugestia, że Witkoff z Araghczim mają się spotkać w Islamabadzie? Irańczycy nie ufają ani Witkoffowi, ani Jaredowi Kushnerowi, który wraz z nim prowadził negocjacje przed 28 lutego. Podejrzewają, że mieli wpływ na decyzję Trumpa o dołączeniu do wojny, co było wymuszane przez Izraelczyków. 

Ameryka jest gotowa wystawić graczy wagi ciężkiej. Trump powiedział, że rozmowy prowadzi już wiceprezydent J. D. Vance i sekretarz stanu Marco Rubio. Krążą pogłoski, że Vance może się w najbliższym czasie pojawić w Islamabadzie. Z kim miałby się tam spotkać?

Wciąż najczęściej wymienianym kandydatem jest Ghalibaf. Czy to możliwe, że to on jest już od jakiegoś czasu rozmówcą Amerykanów (przez pośredników z Turcji, Egiptu, Pakistanu czy Kataru)? Podobno podróżował już w zeszłym tygodniu po regionie samolotem, co wymagałoby zgody Amerykanów, a także zapewne i Izraelczyków, którzy kontrolują przestrzeń powietrzną w okolicach Teheranu.

Zaniepokojona Arabia Saudyjska. Izrael liczy, że porozumienie zabezpieczy jego „żywotne interesy”, co nie będzie łatwe

Wizja zakończenia wojny niepokoi część monarchii arabskich znad Zatoki Perskiej. Mohamed bin Salman, faktyczny władca najważniejszej z nich, Arabii Saudyjskiej, namawia Trumpa, jak napisał „The New York Times”, do jej kontynuacji. Jego zdaniem to szansa na przebudowanie Bliskiego Wschodu (w niekorzystny dla Iranu sposób). Saudyjczycy coraz wyraźniej dają też do zrozumienia, że odpowiedzą na irańskie ataki na ich terytorium, co oznaczałoby dołączenie się do sojuszu amerykańsko-izraelskiego.

Czytaj więcej

Trump miał nigdy nie wybaczyć Netanjahu. W sprawie Iranu szybko mu uległ

Perspektywą porozumienia amerykańsko-irańskiego zaniepokoił się też Izrael, co sugeruje, że jest realne. Beniamin Netanjahu już na początku tygodnia przyznał, że Trump wierzy w porozumienie z Iranem. I tu zaczyna się problem – izraelski premier chciałby, aby „zabezpieczało ono nasze żywotne interesy”. Z tym może być trudno. 

Wydaje się, że irański reżim nie po to przetrwał i pokazał gotowość do dalszego wstrząsania światem, by się zgodzić na realizację planów swojego wielkiego regionalnego wroga. Można się spodziewać, że będzie chciał dać Amerykanom mniej w sprawie swojego programu atomowego i balistycznego, niż obiecywał podczas ostatnich negocjacji w Genewie dwa dni przed wojną, i dostać, gospodarczo, więcej. 

Choć z drugiej strony, jeżeli wojna się zakończy, to jej zwycięzcami ogłoszą się zapewne Trump, Netanjahu i ajatollahowie.

Czytaj więcej

Godzina próby dla Iranu na razie nie nadejdzie. Donald Trump daje czas Teheranowi