Ukraińscy lekarze, którzy leczą w Polsce, posługują się językiem polskim?
Lekarze, którzy nie znają języka polskiego, byli zatrudniani przez szpitale, a trudno jest leczyć pacjenta, jeżeli nie zna się języka. W mojej ocenie dochodziło do sytuacji, gdy niemówiąca po polsku osoba, która była zatrudniona w charakterze lekarza, mogła narazić pacjenta na utratę zdrowia. 1 maja wygasły uprawnienia do warunkowego wykonywania zawodu przez lekarzy cudzoziemców, którzy nie przedstawili certyfikatu o znajomości języka polskiego na poziomie co najmniej B1.
Tymczasem docierają do nas sygnały z ministerstwa zdrowia o planowanej nowelizacji przepisów, która ma umożliwić takim medykom pracę bez potwierdzonej znajomości polskiego przez kolejny rok. Resort wręcz nakazuje nam szczególną ostrożność przy wygaszaniu uprawnień, powołując się na mającą nastąpić poprawkę. Wydaje się, że nie w taki sposób powinno się stanowić prawo w Polsce.
Czytaj więcej
Lekarze obcokrajowcy, którzy nie dostarczą certyfikatu znajomości języka polskiego na poziomie B1, mogą stracić prawo wykonywania zawodu począwszy...
Ilu lekarzy dotyczy konieczność przedstawienia certyfikatu językowego?
Szacujemy, że w Polsce jest ok. 3 tys. lekarzy narodowości ukraińskiej, z czego ok. tysiąca to osoby, które nie dostarczyły nam do tej pory certyfikatu znajomości języka polskiego na poziomie co najmniej B1. Część z tych lekarzy oczekuje na certyfikat i przedstawia różne zaświadczenia, lecz ich status pozostaje niejasny, a części tych medyków odbierzemy warunkowe prawo wykonywania zawodu i skończymy ten chocholi taniec.
Wygaszać prawo wykonywania zawodu mogą okręgowe izby lekarskie. Ilu lekarzom z Ukrainy odebraliście prawo do leczenia od 1 maja?
Jak dotąd wygasiliśmy warunkowe prawo wykonywania zawodu 146 lekarzom spoza UE. Jesteśmy w trakcie procedur, a sprawa dotyczy kilkuset lekarzy.
Dlatego chcemy współpracować z Narodowym Funduszem Zdrowia przy likwidacji kominów płacowych
Słyszymy głosy, że jeżeli wygasimy te prawa, to system stanie, a niektóre poradnie padną. To jest idealne potwierdzenie tego, że w polskim systemie ochrony zdrowia doprowadzono do sytuacji, w której osoby, które nigdy nie powinny w tym systemie zaistnieć, stały się jego filarem w niektórych mniejszych miejscowościach czy w pojedynczych poradniach. Na to nie ma naszej zgody. To system partyzancki. Jeżeli ktoś nie umie mówić po polsku, nie powinien pracować w Polsce jako lekarz.
Czy lekarze z Ukrainy stali się filarem systemu na prowincji, bo tam nie chcą pracować polscy lekarze?
Oczywiście, że lekarze narodowości ukraińskiej wykonujący zawód na podstawie trybów warunkowych, byli zatrudniani przede wszystkim tam, gdzie polscy lekarze nie chcieli pracować, bo tam były największe potrzeby kadrowe. Obserwujemy zatrudnianie tych osób np. na SOR-ach i na oddziałach szpitalnych w powiatach, gdzie powstają braki kadrowe wynikające z niedomagań systemowych. To prawda, jednak należy sobie zadać pytanie o jakość tej pracy. Ponadto za tym idzie ogromne ryzyko prawne dla lekarza.
Mamy poczucie, że ukraińscy lekarze nie do końca zdawali sobie sprawę z ogromu odpowiedzialności – również prawnokarnej – która spoczywa na lekarzu na szpitalnym oddziale ratunkowym; nie znając języka polskiego, wykonują tę pracę w sposób nie do końca świadomy. Trzeba też powiedzieć, że mamy też do czynienia z lekarzami, którzy mówią po polsku, nostryfikowali dyplom i starają się – często nawet bardziej niż ich polscy koledzy, bo chcą udowodnić swoją wartość w miejscu pracy – ale to nie wszyscy.
Należy dodać, że Naczelna Izba Lekarska walczyła o to, żeby lekarze obcokrajowcy z warunkowym prawem do wykonywania zawodu w Polsce musieli udowodnić znajomość polskiego na poziomie B2. Targi o to z ówczesną minister zdrowia Izabelą Leszczyną trwały długo, ale pod naporem dyrektorów szpitali te wymagania obniżono do B1, czyli do poziomu całkowicie turystycznego. To jest poziom niespotykany w innych krajach Unii Europejskiej.
NFZ po cięciach wycenia badania tak nisko, że większość szpitali po prostu z nich rezygnuje.
Żeby pracować na przykład w Niemczech, lekarz z zagranicy musi potwierdzić znajomość języka na B2 i zdać egzamin ze słownictwa medycznego. W Polsce stworzono ogromny wyłom i pod tym kątem trzeba patrzeć na wygaszanie warunkowego prawa do wykonywania zawodu. Jeżeli od dwóch lat było wiadomo, że termin na złożenie certyfikatu językowego upłynie 1 maja 2026 r. i przez dwa lata ukraińscy lekarze, pracując w polskim systemie, nie potrafili zdać egzaminu na poziomie B1, to oznacza, że oni naprawdę nie mówią po polsku i naprawdę są zagrożeniem dla pacjentów.
W dniach 21-23 maja Krajowy Zjazd Lekarzy wybierze nowego prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej. Temat lekarzy z Ukrainy to paliwo na ostatnią prostą kampanii wyborczej?
Prowadzę kampanię wyborczą od czterech lat, czyli od pierwszego dnia w roli prezesa NRL. Myślę, że udało mi się pokazać pewną skuteczność. Ważne w okresie przedwyborczym jest to, że Naczelna Rada Lekarska i okręgowe izby lekarskie mówią jednym głosem – stanowisko w sprawie wygaszania PWZ-ów (prawa do wykonywania zawodu – red.) podjęto jednomyślnie. Mimo wewnętrznych sporów, które zdarzają się w każdej organizacji, w sprawach najważniejszych dla naszego zawodu stoimy twardo po jednej stronie.
A to jest sprawa jakości wykonywania zawodu czy ochrony interesów pewnej grupy, która go wykonuje?
Dzisiaj zarzuca się nam, że zarabiamy bardzo dobrze, że wycinamy konkurencję, że jesteśmy odpowiedzialni za całe zło tego świata; i jako środowisko lekarskie jedyne, czym możemy odpowiedzieć na te zarzuty, to właśnie jakością; pokazać, że owszem – lekarze zarabiają w wielu przypadkach godnie, wykonują zawód zaufania publicznego, ale że wykonują też zawód elitarny, co gwarantuje wysoką jakość. A jeżeli te osoby nie potrafią mówić po polsku, to wystawiają opinię całemu stanowi lekarskiemu.
Lekarze narodowości ukraińskiej wykonujący zawód na podstawie trybów warunkowych, byli zatrudniani przede wszystkim tam, gdzie polscy lekarze nie chcieli pracować
Po drugie, wprowadzają w błąd pacjenta i kolejnego lekarza, który będzie zajmował się potrzebującym po nim. W naszym systemie wiele kwestii opiera się na zaufaniu do lekarza, który wykonał badanie czy konsultował pacjenta wcześniej. My tego zaufania do lekarzy, którzy nie mówią po polsku, nie możemy mieć. Oni wprost psują system.
Jak często statystyczny lekarz w Polsce ma do czynienia z prokuratorem?
Każdego roku do prokuratury trafia kilka tysięcy spraw, z czego skazywanych jest średnio dwóch lekarzy rocznie. To dowodzi, że problemem nie jest skazywanie lekarzy, ale problemem jest cały system, który sprawia, że lekarz traci czas, pieniądze i nerwy w kosztownych procesach. Jako samorząd lekarski chcieliśmy wprowadzić klauzulę wyższego dobra, czyli przepisy, które zwalniałyby lekarzy z odpowiedzialności karnej za nieumyślne błędy medyczne.
Zorganizowaliśmy poparcie organizacji pacjenckich i innych zawodów medycznych; zrobiliśmy badanie opinii publicznej, które pokazuje, że Polacy również chcą, żeby system uczył się na błędach. Wprowadzanie klauzuli było procedowane z minister Leszczyną i ministrem Bodnarem. Po zmianach na stanowiskach ministrów ten proces zdecydowanie spowolnił. Po stronie obecnego kierownictwa resortu zdrowia nie ma woli, żeby tę sprawę kontynuować. Widzimy, że kwestią wiodącą dla MZ są dzisiaj oszczędności, a nie dobre warunki pracy dla lekarzy do leczenia pacjentów, nad czym można tylko ubolewać.
Czytaj więcej
Nieco ponad miesiąc temu NFZ obniżył stawki za nadwykonania w diagnostyce, a efekty już odczuwają pacjenci. Portal Rynek Zdrowia sprawdził, jak wyd...
Skoro o oszczędnościach mowa… jednym z głównych argumentów za cięciami w finansowaniu diagnostyki jest potrzeba urealnienia kosztów w rozumieniu zarobków lekarzy, którzy wykonują takie badania i rozliczają się na kontrakcie.
To czysty populizm. NFZ po cięciach wycenia badania tak nisko, że większość szpitali po prostu z nich rezygnuje. Nawet jeżeli ideą funduszu było to, żeby doszło do renegocjacji kontraktów zadaniowych, to to się po prostu nie udało. Oczywistym jest, że płatnik będzie szukał sposobu na to, żeby obarczyć lekarzy odpowiedzialnością, ale za kominy płacowe w systemie ochrony zdrowia odpowiada on sam, budując wyceny świadczeń razem z Agencją Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.
Finalnie cięcia odbiją się na przychodach lekarzy na kontrakcie.
Być może tak i trzeba sobie zdać sprawę, że część kominów płacowych powinna zostać zlikwidowana, czy też uśredniona. My się z tym zgadzamy, bo to nie jest dobre również dla naszego środowiska, że jeden lekarz w systemie wystawia fakturę na 300 tys. zł, a obok siedzi jego kolega, który zarabia 11 tys. brutto na etacie i de facto obaj pracują w tym samym szpitalu.
Chcieliśmy wprowadzić klauzulę wyższego dobra, czyli przepisy, które zwalniałyby lekarzy z odpowiedzialności karnej za nieumyślne błędy medyczne.
To rozwarstwienie płacowe jest demotywujące dla części lekarzy. Dlatego chcemy współpracować z Narodowym Funduszem Zdrowia przy likwidacji kominów płacowych, ale to nie może wyglądać tak, że NFZ razem z ministerstwem zdrowia stara się zreformować system bez naszego udziału. Moim zdaniem należy zacząć od adekwatnych wycen i likwidacji wprowadzonego przez płatnika podziału pacjentów na bardziej i mniej opłacalnych dla systemu.
Niektórzy twierdzą, że pana ambicje sięgają funkcji ministra zdrowia.
To plotki. Myślę, że szefować resortowi zdrowia powinna osoba, która ma szerokie poparcie polityczne. W tej chwili naprawdę potrzebujemy nie apolitycznych fachowców, lecz osoby z wnętrza politycznego tygla, która miałaby poparcie wychodzące poza jedną partię. Ja nie jestem politykiem. Jestem liderem samorządu lekarskiego, a dzisiaj system potrzebuje jako ministra osoby o innym profilu.