Obok widnieje kamienna twarz jego rodaka Juliana Assange'a, który w brytyjskim sądzie broni się przed ekstradycją do Szwecji.

Obaj panowie robili w podobnym biznesie. Murdoch poprzez swoje tabloidy handlował newsami zdobywanymi w nielegalny i niemoralny sposób. Pracujący dla niego dziennikarze włamywali się do telefonów komórkowych celebrytów, ofiar przestępstw, płacili za intymne szczegóły prywatnego życia polityków.

Assange zaś upubliczniał m.in. tajną korespondencję dyplomacji USA, skradzioną z Departamentu Stanu. Miliony internautów za jednym kliknięciem komputerowej myszy uzyskały dostęp do czegoś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Haker z antypodów świadomie ujawniał nawet nazwiska niektórych informatorów amerykańskiej administracji, narażając ich na poważne konsekwencje.

Murdoch jest dziś czarną owcą. Medialnym potworem żerującym na ludzkim nieszczęściu. Człowiekiem, który nie cofnie się przed niczym, by pomnożyć swoją fortunę, sprzedając sensację, krew i seks.

Julian Assange stał się z kolei ikoną walki o wolność słowa. Prześladowanym przez wrednych jankesów męczennikiem. Królem anarchistów wszelkiej maści.

Czyż to nie paradoks? Między jednym a drugim przypadkiem istnieje niewątpliwie wiele różnic, ale i Murdoch, i Assange zdobią dwie strony tej samej monety. Świat mediów, szczególnie papierowych, jest pogrążony w ciężkim kryzysie, a przekraczanie kolejnych etycznych granic stało się niemalże biznesowym imperatywem. Amerykański "The New York Times" i brytyjski "The Guardian" opisują dziś aferę Murdocha w tonie oburzenia, a kilka miesięcy temu te same gazety publikowały sążniste materiały przekazane im przez Assange'a. Jak rozumiem, dziennikarz włamujący się do czyjejś skrzynki głosowej to godny potępienia sukinsyn, haker zaś włamujący się do rządowych serwerów w Waszyngtonie to świetlany bohater.

Wszystko można oczywiście uzasadnić "ważnym interesem społecznym". Czasami jednak interes społeczny wymaga, aby pewnych rzeczy nie drukować, a pewne tabloidy zamykać.