Kiedy pod koniec września ubiegłego roku posłowie Polski 2050 decydowali o tym, kto powinien zostać wicepremierem reprezentującym to ugrupowanie w rządzie, gdy straci ono fotel marszałka, tylko dwa głosy zdecydowały o wygranej Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, która – podobnie jak dziś – musiała rywalizować z Pauliną Hennig-Kloską. Złośliwi mogliby się doszukać jeszcze innej analogii między tamtym głosowaniem, a sobotnimi wyborami na przewodniczącego partii. Tak jak rekomendacja Polski 2050 dotycząca fotela wicepremiera w rządzie nie miała większego znaczenia, bo partia jak fotela wicepremiera nie miała, tak nadal go nie ma, tak samo to czy nową przewodniczącą Polski 2050 zostanie minister funduszy i polityki regionalnej czy minister klimatu i środowiska nie odmieni w znaczący sposób losu ugrupowania, które miało być trzecią drogą, a obecnie znajduje się na drodze do zejścia ze sceny politycznej. Pytanie tylko, czy spokojnie pójdzie na dno, licząc na to, że Koalicja Obywatelska rzuci temu czy innemu posłowi koło ratunkowe, czy tonąc wywróci łódkę, na której płynie razem z koalicjantami.
Dwa nierozwiązywalne problemy Polski 2050
Polska 2050 ma bowiem dwa nierozwiązywalne problemy. Pierwszym jest bezalternatywność jej układu z Koalicją Obywatelską. Po tym, jak partia (ciągle jeszcze) Szymona Hołowni weszła w koalicję z KO i zaczęła żyrować politykę Donalda Tuska, zwłaszcza w kwestii rozliczeń polityków PiS-u (wystarczy wspomnieć, że to Hołownia jako marszałek Sejmu wygaszał mandaty Mariuszowi Kamińskiemu i Maciejowi Wąsikowi), możliwość choćby utrzymywania jakiejś politycznej „strategicznej niejednoznaczności” przez to ugrupowanie została utracona. Owszem, po wyborach prezydenckich Szymon Hołownia próbował zrobić krok wstecz, zdystansować się nieco do KO, ale skończyło się to tragicznie, zwłaszcza dla niego. Spotkania z Jarosławem Kaczyńskim u Adama Bielana nie zrozumieli ani wyborcy (co widać w sondażach, które ostatecznie się wówczas dla Polski 2050 załamały i w badaniach zaufania do polityków, w których Hołownia zaliczył spektakularny zjazd), ani członkowie Polski 2050 (co słychać było w wypowiedziach polityków dystansujących się w tej kwestii od własnego lidera). A jeśli z listy potencjalnych koalicjantów wykluczy się PiS, to kto Polsce 2050 zostaje? Konfederacja? Tu współpraca jest wykluczona ze względu na silnie proeuropejskie nastawienie Polski 2050. Lewica? Abstrahując od tego, że jest za słaba, by taki mariaż dawał jakiekolwiek perspektywy udziału we władzy, to jeszcze obie partie całkowicie rozjeżdżają się jeśli chodzi o kwestie gospodarcze. Małżeństwo z PSL właśnie się skończyło – a i tak dziś nie gwarantowałoby nawet przekroczenia progu wyborczego. Polska 2050 znalazła się w sytuacji, że jeśli chce cokolwiek w polityce znaczyć, musi budować alians z KO.
Czytaj więcej
Już w sobotę członkowie Polski 2050 wybiorą nowego przewodniczącego partii. Faworytką jest minist...
I tu pojawia się drugi problem. Jeśli raczej wielkomiejska, liberalna gospodarczo i dość liberalna światopoglądowo Polska 2050, chcąc mieć znaczenie w polityce, musi współpracować z wielkomiejską, liberalną gospodarczo i dość liberalną światopoglądowo Koalicją Obywatelską, to wśród wyborców siłą rzeczy musi pojawić się pytanie: właściwie po co nam dwie takie partie, skoro na koniec i tak będą szły w jedną stronę. Polska 2050 w takim układzie była potrzebna, gdy KO była w głębokim kryzysie, mając problemy z przywództwem (dlatego za czasów Borysa Budki Polska 2050 nawet zaczęła przeskakiwać KO w sondażach). Ale dziś sytuacja jest odwrotna. KO jest silna tak, jak dawno nie była, jej liderem jest jeden z najbardziej charyzmatycznych polityków w Polsce, a problem z przywództwem ma raczej Polska 2050. Z tej perspektywy sondaże są takie, jakie muszą być. Polska 2050 jest dziś po prostu wyborcom niepotrzebna.