Politycy zwykle nie myślą o państwie w perspektywie dłuższej niż czteroletnia kadencja, a rządy PO pokazały, że może to być perspektywa znacznie krótsza. Warto tu przytoczyć słowa Bartłomieja Sienkiewicza z podsłuchanej rozmowy: „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami".

Patrząc z tego punktu widzenia, powołanie Narodowej Rady Rozwoju, co zrobił prezydent Andrzej Duda, nie jest złym pomysłem. Tworzenie odgórnych planów rozwoju może i po PRL źle się kojarzy, ale naprawdę jest w Polsce potrzebne.

Rada ma wybiegać myślą poza horyzont bieżącej polityki, definiować zagrożenia i wyzwania na przyszłość i proponować adekwatne rozwiązania. Dobrze by było, gdyby udało się jej wypracować spójną politykę zapobiegania negatywnym trendom demograficznym i wspierania polskich rodzin albo jednolitą czy długofalową strategię dla energetyki.

Rada, złożona głównie z naukowców i ekonomistów, ma też przygotowywać założenia do prezydenckich projektów ustaw. A to rodzi nadzieję, że z Kancelarii Prezydenta nie będą wychodziły propozycje rujnujące finanse publiczne czy pustoszące kasy przedsiębiorstw.

Brzmi ładnie, ale... Jak zwykle wszystko zależy od praktyki. Bo prezydent może powołać Radę – pytanie jednak, czy naprawdę będzie słuchał takiego ciała doradczego. Jeśli przykładowo eksperci zajmą negatywne stanowisko w kwestii przywrócenia niższego wieku emerytalnego, to czy głowa państwa wycofa się ze swojego projektu? Albo jeśli Rada rekomenduje prywatyzację górnictwa, to czy prezydent wyjdzie z taką inicjatywą?

Rada ze strażnika bezpieczeństwa finansów publicznych i kreatora strategicznej polityki rozwojowej równie dobrze może się zamienić w tubę propagandową myśli ekonomicznej prezydenta Andrzeja Dudy. Oby nie, mam nadzieję, że prezydent siebie i zaproszonych do Rady specjalistów traktuje poważnie