Unia Europejska, dająca nam prócz wielu innych przywilejów swobodę pracy na terenie wszystkich państw członkowskich, wyzwoliła niespotykaną dotąd w Polsce mobilność społeczną. Owszem, przed 2004 rokiem Polacy również podróżowali. Silne było również zjawisko emigracji. Niemniej, jeśli idzie o swobodę wykonywania pracy, wszystko zaczęło się tak naprawdę po 2004 roku. Wspólny organizm gospodarczy uwolnił narodowe zasoby pracy od konieczności szukania zatrudnienia w kraju. Zamknięte przed laty dla Polaków zachodnie rynki otwarły się i dla wielu z nas praca w firmach międzynarodowych czy coraz częściej w zagranicznych oddziałach polskich firm to standard.
Za pracą poszły zarobki, Polaków stać dziś na dużo więcej niż dwie dekady temu, dzięki czemu staliśmy się jednym z najbardziej mobilnych, także w sensie turystycznym, społeczeństw w Europie. W tym kontekście trudno więc chyba bronić się przed „oczywistą oczywistością”, że do tej mobilności należałoby dostosować czynne prawo wyborcze.
Czytaj więcej
Polacy za granicą starają się wyręczyć MSZ w organizacji komisji przed elekcją do parlamentu.
Tak jednak się nie stało. Sami wręcz narzucamy sobie kolejne ograniczenia. Nie tylko brakuje obecnych w wielu krajach rozwiązań korzystających z nowoczesnych technologii (możliwość oddania głosu przez internet), ale na dodatek sami nakładamy dodatkowe ciężary na nasze turboanachroniczne procedury, by wspomnieć choćby o ograniczeniu liczenia głosów przez komisję do 24 godzin i absurdalnej (bo wynikającej z obsesyjnej nieufności) konieczności liczenia ich przez całą komisję, a nie usprawniające proces podgrupy. W tym roku dochodzi jeszcze referendum; nie mam złudzeń, że dodatkowy wysiłek związany z liczeniem głosów referendalnych przyczyni się do licznych opóźnień, co musi wywołać w jakiejś skali niepokoje społeczne.
Jeśli na tym ma polegać dojrzewanie demokracji, to brawo! Chyba że nie o sens demokracji tu chodzi, ale jak zwykle w Polsce o interes partyjny. Nadmiar głosów do przeliczenia będzie doskwierał większym miastom, a te popierają opozycję. Podobnie jest z wyborcami poza krajem; 320 obwodów za granicą w 2019 roku to kropla w morzu potrzeb. Co więcej, obciążenie ich pracą przy wyborach i referendum może być tak wielkie, że 24 godziny pracy komisji okaże się za mało i wtedy te całkiem legalne głosy nie zostaną zaliczone do puli.
Jedyna szansa jest w powoływaniu nowych obwodów i mnożeniu komisji obwodowych. Nie tylko w małych wioskach, o co z takim zapałem zabiegało PiS, ale również za granicą, gdzie będzie mogło zagłosować młodsze pokolenie. W imię polskiej demokracji należy oczekiwać, że MSZ dołoży wszelkich starań, by było to możliwe. A przede wszystkim wesprze tych Polaków, którzy, jak w opisywanym przez nas przypadku pana Michała Skrzywanka (próbuje zorganizować komisję na Sri Lance), wzięli sprawę oddania głosu w wyborach we własne ręce.
Czytaj więcej
Polonia i opozycja chcą większej liczby komisji za granicą. W niektórych miejscach Polacy starają się utworzyć je sami.
Jak się okazuje, jest to możliwe; co więcej, w wielu krajach Europy samorządy chętnie pomagają w organizowaniu lokalów, więc należy zrobić wszystko, by rodacy w Kolombo, Saragossie, Turynie czy na Malcie mogli zagłosować jak ich najbliżsi w Rzeszowie czy Warszawie. Mają do tego prawo i jeśli zostanie to z tych czy innych powodów zlekceważone, zapamiętają to na długo.