Za propagandę trzeba dobrze płacić. Im bardziej jest zjadliwa i fałszywa – tym więcej. Nic więc dziwnego, że jeden z posłów PiS złożył poprawkę, by do 2 mld zł dla mediów publicznych lekką ręką dołożyć w przyszłym roku jeszcze 700 mln zł.

Budżet ma dziury jak szwajcarski ser, pieniądze są wyprowadzane do różnych funduszy, dług wobec Unii rośnie, na transfery socjalne zaczyna brakować, a PiS martwi się o TVP. Prezes Kaczyński tłumaczy podczas spotkań ze swoimi zwolennikami w całym kraju, że nie będzie waloryzacji 500+, które było przez ostatnie lata flagowym pomysłem socjalnym obecnej ekipy, a PiS troszczy się o stan etatów na pl. Powstańców Warszawy. Wciąż nie ma porozumienia z Unią w sprawie środków z Krajowego Planu Odbudowy, cała koalicja wisi od tego na włosku, a PiS dba o to, by TVP miała z czego finansować Sylwestra Marzeń w Zakopanem.

Czytaj więcej

Ile kosztują nas media publiczne? Policzyliśmy. Miliardy z naszych kieszeni

Jest w tym pewnie jakaś dziejowa konieczność. Jeśli notowania nie dają szans na stworzenie rządu po wyborach, a do drzwi puka widmo gabinetu mniejszościowego, na telewizję trzeba chuchać i dmuchać. Bo to ostatnia deska ratunku. I chodzi nie tylko o to, co powiedzą osoby zatrudnione tam w charakterze dziennikarzy, tylko o to, o czym będą starannie milczeć.

Nie można dopuścić do zwątpienia w sens kontynuowania obecnej linii TVP i wzrostu nastrojów szalupowych. Bo jak w tej zamurowanej rzeczywistości pojawią się szpary, natychmiast wedrze się do niej świat realny. A ten może się wyborcom nie spodobać.

I tu znów ważna okazuje się dobra pamięć prezesa o czasach PRL. Wtedy też płacono za przekaz i organizowano wiele imprez oraz transmisji. Szkoda tylko, że tym razem nie przyjedzie ABBA.