To już chyba ten czas, kiedy dwóm głównym antagonistom polskiej polityki zdążył ktoś to słowo wypisać w ten sposób na sufitach w sypialni. W istocie nie powinno dać im zasnąć, tak jak nie daje zasnąć milionom ich rodaków. 15 proc. inflacji rok do roku to rekord. A możliwe, że nie ostateczny, bo wielu ekonomistów prorokuje kolejne. Nie ma zresztą znaczenia, czy wymiar społecznego dramatu ludzi niezamożnych, czyli większości Polaków, sięgnie kolejnych cyfr. I tak ceny wciąż rosną, a siła nabywcza zarabianych pieniędzy maleje.

Brednie, że kompensują ją podwyżki płac, brzmią jak szyderstwo; owszem, części pracowników, np. sfery budżetowej, płace się podnosi, zdarza się to także w części firm, gdzie są mocne związki zawodowe albo biznes spina się wyjątkowo udanie. Ale co z całą resztą? Pracownikami sektora prywatnego, ludźmi na umowach zlecenia, o dzieło czy niskich etatach? To bezpośrednie ofiary inflacji, która postępujące ubóstwo powoli wpycha w biedę. Ci ludzie na razie milczą. O inflacji mówi się cicho, szeptem, by nie kusić losu. Ale rychło się odezwą i będzie to krzyk, od którego klasa polityczna musi się zatrząść.

Czytaj więcej

Pakt antyinflacyjny teraz! Gospodarka i płace zaczynają hamować

Owszem, wielkie litery na suficie jak owe na ścianie pałacu Baltazara zostały już wypisane. Kaczyński i Tusk już wiedzą, że inflacja będzie głównym tematem kampanii wyborczej. Nie wojna (oby nie wojna!), nie żadne tam LGBT, tylko inflacja. Czyli ubóstwo, postępująca pauperyzacja, nieszczęście zwykłych ludzi. Obaj też wiedzą, że główną ofiarą jest elektorat PiS. To ludzie starsi, o niższych zarobkach, często emeryci. To oni stracą najwięcej.

Kaczyński wie też, co dla nas oczywiste, że tak wysoka inflacja, jak w Polsce, jest w znacznej mierze zawiniona przez politykę rządu. To efekt transferów socjalnych, wypuszczania na rynek wielkiej ilości pieniądza, kiedy dawno już temu należało ten strumień zmniejszyć. Dlatego spodziewam się, że w kampanii całą odpowiedzialność będzie chciał zrzucić na innych: Niemców, Rosjan, Francuzów, Brukselę, Tuska, opozycję i kogo tam jeszcze sobie wymyśli. Do tej układanki nie pasuje LGBT, więc nie sądzę, iżby ten wątek był nadmiernie eksploatowany wyborczo przez partię prezesa.

Niemniej mitologia o cudzej winie za drożyznę przybierze wymiary epickie. Zarazem PiS nie może sobie pozwolić na zatrzymanie strumienia pieniędzy dla swojego elektoratu. Będzie więc dolewał oliwy do ognia, krzycząc wniebogłosy: podpalacze są w domu! Będzie też musiał się zmierzyć z postawami roszczeniowymi i protestami wielu branż; to będzie jak taniec na linie, chwilową równowagę będzie zakłócał każdy kolejny podmuch wiatru. Trudne to będą wygibasy.

Wszystko to świetnie rozumie Tusk, więc inflacja będzie jego szansą. Już to czuje. Dał temu dowód na konwencji w Radomiu. Populizmowi Kaczyńskiego przeciwstawił swój. Niemniej nie wystarczy bić w bęben grozy. Nie wystarczy obiecywać odwołanie Glapińskiego, 20 proc. podwyżki dla budżetówki czy powtarzać bajki o niższych cenach chleba. Wyciągnięcie tematu inflacji na wyborczy transparent oznacza dużo więcej; całą narrację konfrontującą retorykę PiS.

Ścieżki są dwie – można mówić o prawdziwych instrumentach walki z drożyzną albo brnąć w populizm. Wobec faktu, że opowieść o prawdziwych instrumentach jest trudna i bolesna, lider PO pójdzie zapewne – czego się boję – w populizm. Balcerowiczowska uczciwość bez wątpienia skazałaby go na porażkę. Oto więc będziemy mieć w kampanii naprzeciwko siebie dwa populizmy. Kaleczące umysł ludzi inteligentnych, ale chętnie słuchane przez masy.

Kto ten spór wygra? Nie wiem. Wiem natomiast, że miarą politycznej powagi i odwagi będzie umiejętność odejścia od tych szaleństw w realnym zarządzaniu krajem. Bo inflację trzeba w końcu zgasić. A jeśli nie, ustrój, do którego przywykliśmy – demokracja – tego kryterium nie przeżyje.

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ