Jarosław Kaczyński osobiście stanął na czele smoleńskiej ofensywy. W serii wywiadów od kilkunastu dni stopniował napięcie, by wreszcie w rocznicę, 10 kwietnia, postawić kropkę nad i głosząc, że to był zamach, a przyczyną katastrofy tupolewa były dwie eksplozje. Ale i to chyba nie wystarczyło, bo udzielił we środę jeszcze jednego wywiadu PAP, gdyż po publikacji raportu Antoniego Macierewicza opinia publiczna miała prawo do rozczarowania, ponieważ żadnych nowych „dowodów” w nim nie przedstawiono. Zapowiedział, że jeszcze wiele rzeczy jest do pokazania.

Czytaj więcej

Antoni Macierewicz: Przyczyną katastrofy smoleńskiej były co najmniej dwie eksplozje

Jest wiele hipotez tłumaczących dlaczego prezes PiS osobiście angażuje się w tę sprawę. Na pewno wpływ na to ma sytuacja wewnątrz obozu władzy – wojna sprawia, że pierwsze skrzypce gra dziś prezydent i premier, to oni spotykają się ze światowymi przywódcami, prezes zaś pozostaje w cieniu.

Ale warto też zwrócić uwagę na to, że cała narracja o zamachu ma też jeden cel: ukończenie pomnika Lecha Kaczyńskiego. Mówiąc brutalnie: zamach zorganizowany przez Władimira Putina to śmierć, która ma znacznie większe znaczenie symboliczne, niż w przypadku tragicznego zdarzenia komunikacyjnego. Dlatego też Jarosław Kaczyński przyznaje, że od wielu lat ma wewnętrzne przekonanie, że to był jednak zamach. Bo śmierć jego brata w zamachu przydaje większej wagi jego życiu.

Cała narracja o zamachu ma też jeden cel: ukończenie pomnika Lecha Kaczyńskiego

Gdy opinia publiczna obserwuje z przerażeniem do czego zdolne są wojska rosyjskie w Ukrainie, gdy nawet do wielu - jak to się mówi w Niemczech – „rozumiejących Rosję” dochodzi do zrozumienia tego, jakim zbrodniarzem jest Putin, prezes Kaczyński uznał, że to właściwy moment do tego, by przekonać innych do tezy, w którą on wierzy. Jeśli przekona nie tylko dotychczasowych zwolenników teorii zamachu, ale szersze kręgi społeczne, że to był zamach, podniesie rangę mitu Lecha Kaczyńskiego. Bo jeśli były prezydent zginął jako pierwsza ofiara Władimira Putina, okazałby się znacznie ważniejszą postacią, niż ta, za jaką Polacy go dziś uznają. Śmierć w zamachu byłaby zwieńczeniem napisanej na nowo biografii Lecha Kaczyńskiego, w której był on kluczową postacią „Solidarności” (jak stwierdził ostatnio Mateusz Morawiecki), centralną osobą polityki po 1989 roku, sprawując ważne urzędy obok Lecha Wałęsy, w NIK, jako minister sprawiedliwości, prezydent Warszawy, aż wreszcie jako prezydent. I właśnie jako prezydent – według tego mitu – miał budzić grozę na Kremlu montując koalicją antyrosyjską. Śmierć w bardzo tragicznym, ale jednak wypadku komunikacyjnym, nie pasuje do takiej biografii. Zamach w Smoleńsku jest więc potrzebny do tego, by biografię Lecha Kaczyńskiego napisać na nowo od narodzin aż do tragicznej śmierci. Nie wystarczy już stawianie pomników z kamienia i spiżu, nie wystarczy nadawanie nazw ulic i skwerów, nie wystarczy pisanie podręczników historii na nowo, w których śp. Lech Kaczyński występuje jako jedna z najważniejszych postaci historycznych obok Piłsudskiego czy Jana Pawła II. Do tego jeszcze trzeba podnieść do rangi państwowej opowieść o zamachu, który zwieńczył to niezwykłe życie, nadał mu jeszcze większej wagi i powagi.

Jednak na swoje nieszczęście prezes PiS wybrał do realizacji tego zadania jednego z najmniej wiarygodnych polityków w Polsce. Trudno uwierzyć w „rewelacje” Macierewicza i staranność jego prac, jeśli nie potrafi porządnie przygotować prezentacji, ani zrobić tego bez skandalu związanego z publikacją zdjęć zwłok. Macierewicz, jako ktoś, kto ma przekonać szerokie rzesze społeczne do wiary w zamach, jest chyba najmniej trafną nominacją kadrową Kaczyńskiego. Dlatego skuteczność tej operacji będzie ograniczona. Można się więc spodziewać, że prezes PiS w związku z tym będzie jeszcze mocniej swoją tezę głosił.