A potem, zgodnie ze swym zwyczajem, wskazał swoich przeciwników w kolejnym wygranym boju, w tym prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Jak mówił, musiał tym razem walczyć z "lewicą w kraju, międzynarodową lewicą dookoła, brukselskimi biurokratami, wszystkimi pieniędzmi i organizacjami (finansowego potentata) George’a Sorosa, międzynarodowymi mediami głównego nurtu, i wreszcie z prezydentem Ukrainy. Nigdy dotąd nie mieliśmy tylu przeciwników na raz".

Czytaj więcej

Orbán: Wygraliśmy, choć mieliśmy wielu przeciwników, w tym Zełenskiego

Natomiast na wiecu zjednoczonej, jak dotąd opozycji, pojawiło się niewielu głęboko rozczarowanych wyborców, którzy wysłuchali jej głównego kandydata, Pétera Márki-Zaya. Wystąpił on sam, bez innych liderów tej formacji, i wskazał, że nie miał szans wygrania na zabetonowanej scenie politycznej i w zderzeniu z machiną wyborczą oraz medialną Fideszu. Pierwsze wypowiedzi byłego premiera Ferenca Gyurcsány’ego oraz szefa Jobbiku Pétera Jakaba, mówiące o „klęsce”, raczej nie wróżą, iż wielobarwny projekt Zjednoczonej Opozycji przetrwa.

Węgrzy głosowali dosłownie w tym samym dniu, gdy cały świat obiegły brutalne i budzące zgrozę zdjęcia z Buczy. Można to zestawienie uznać za symbol, a zarazem prognostyk. Symboliczne jest to, że uwierzyli własnej, proputinowskiej, a zarazem antyukraińskiej propagandzie. A przede wszystkim „kupili” rządową narrację przyjętą po 24 lutego, zgodnie z którą Węgry to „oaza spokoju”, trzymają się z dala od konfliktu, w którym nie są i nie będą stroną. No i nie wyślą swoich chłopaków na front, co zrobiłaby „prąca do wojny” opozycja, gdyby wygrała.

System Orbána jest niczym wielki bank – zbyt duży, by go w demokratyczny sposób obalić

Dzwonkiem alarmowym nie stały się nawet tezy, iż w 1956 r. inwazji na Budapeszt dokonali Ukraińcy, a nie Rosjanie, gdyż bardziej uwierzono w rosyjski tani gaz i zamrożone ceny benzyny. Ponadto, tak jak chciał premier, Węgrzy opowiedzieli się za pokojem i bezpieczeństwem (przede wszystkim socjalnym), a przy okazji nie poddali obcym naciskom i dyktatowi, tym samym broniąc „wolności i niezależności Węgier”.

Ten wynik dowodzi prawdziwości znanej już od dłuższego czasu tezy, że system Orbána jest niczym wielki bank – zbyt duży, by go w demokratyczny sposób obalić, co wprost potwierdził główny kandydat obozu opozycyjnego. Dowodzi to tym samym, że wewnątrz zjednoczonego teraz bezprecedensowo Zachodu (tak w ramach UE, jak też euroatlantyckiego – NATO) mamy niedemokratyczną, mocno skorumpowaną i nieliberalną enklawę. Co każe stawiać pytanie: jak długo? Bowiem Grupa Wyszehradzka spektakularnie rozsypała się tuż przed tymi wyborami, a stosunki Węgier z najwierniejszym dotąd sojusznikiem, czyli Polską, też mocno się zachwiały.

Orbán wygrał, ale nie będzie miał łatwo, bo w trakcie kampanii zabawił się w rozdawnictwo socjalne, zrujnował budżet i jeszcze bardziej zadłużył kraj. Skąd będzie brał dalsze pożyczki, jeśli stosunki z UE już skomplikowane i napięte, jak łatwo przewidzieć, jeszcze się pogorszą? Wypowiedź z wiecu powyborczego („pokazaliśmy Brukseli”) zdaje się wskazywać, iż Wódz narodu węgierskiego będzie pewnie próbował kontynuować swoją strategię „otwarcia na Wschód”. Tyle tyko, że znajdzie się w pełnej izolacji na zjednoczonym Zachodzie, a Węgrzy, którzy mu zawierzyli, widząc w nim zbawcę narodu i prawdziwego Mesjasza, znów staną po niewłaściwej stronie historii, jak to już wielokrotnie u nich bywało.