Pozornie amerykański prezydent nic przełomowego w Warszawie nie powiedział. Ci, którzy oczekiwali mów na miarę Kennedy’ego czy Reagana w Berlinie, mogli poczuć się zawiedzeni. Podobnie ci, którzy spodziewali się zwiększenia amerykańskiego kontyngentu w Polsce czy choćby informacji o NATO-wskich gwarancjach bezpiecznego nieba nad Ukrainą. Żadne takie deklaracje nie padły.
Niemniej o ile zrozumiałe jest, że atmosfera chwili do oczekiwań takich skłaniała, to jednak mało kto z ekspertów na nie liczył. Bo przecież nie o szczegóły techniczne chodziło w mowie Bidena na Zamku Królewskim, ale o jej ogólny wydźwięk i sam fakt, gdzie i do kogo została wygłoszona. „Nie oddamy piędzi ziemi któregokolwiek kraju sojuszu” – to było przesłanie zaadresowane do rezydenta Kremla. NATO jest zdeterminowane do obrony i każdy zamach na któregoś z sojuszników spotka się brutalną odpowiedzią. A jak mocna może to być odpowiedź, widać ze statystyk. Nieradząca sobie z Ukrainą Rosja będzie musiała skonfrontować się nie tylko z siłami zbrojnymi europejskich członków sojuszu, ale ze 100 tys. przebywających w Europie żołnierzy amerykańskich i NATO-wską techniką wojskową. Z ośmioma grupami operacyjnymi na flance wschodniej i flotyllami uzbrojonych po zęby lotniskowców, pływającymi w obszarze od Morza Śródziemnego po Ocean Lodowaty.