Dlatego też nie ma się czego wstydzić: z czystym sumieniem możemy zasiąść przed telewizorem w biało-czerwonym szaliku w poczuciu jedności z braćmi Europejczykami. Wiele nas różni, ale futbol to paneuropejska religia.

Wszyscy oczywiście kibicują swoim, mecze bywają okazją do odgrzewania historycznych animozji, lecz ostatnie mistrzostwa świata w Niemczech pokazały, że piłka może być czystą radością. Gospodarze wspominają tę imprezę jako miesięczne wakacje, byli dumni z tego, że udało się pokazać Niemcy gościnne i na luzie. A to nie jest powszechna opinia o tym kraju.

My byliśmy zaskoczeni, ponieważ Polacy, pomimo porażki naszej drużyny, kibicowali wzorowo. Oby teraz w Austrii i Szwajcarii było podobnie, choć brukowe polskie media zachowują się zgodnie ze swoją normą: psują ludzi, grają na ich najgorszych instynktach.

Holenderski trener naszej reprezentacji musiał przepraszać Niemców za głupotę "Super Expressu" – to jest nasza pierwsza porażka na mistrzostwach Europy.

Jeśli chodzi o sam futbol, to trzeba mieć nadzieję, że mistrzostwa nie staną się nędzną kopią Ligi Mistrzów i spotkań czołowych drużyn w narodowych ligach. Ale nie ma co udawać – to tam grają najlepsi futboliści świata, to tam ustalana jest hierarchia ich wartości. W narodowych barwach często występowali ostatnio zawodnicy zmęczeni codziennymi obowiązkami.

Polska gra w finałach Euro po raz pierwszy w niezbyt komfortowej sytuacji. Czekamy na sukces i jednocześnie boimy się, że jeśli Leo Beenhakker zwycięży, korupcja w lidze przestanie być palącym problemem.

Selekcjoner już powiedział, że wiąże go umowa z Michałem Listkiewiczem i wolałby nie mieć do czynienia z nowym prezesem PZPN.

Włosi zdobyli dwa lata temu mistrzostwo świata w apogeum afery korupcyjnej i potrafili się z nią rozliczyć – abolicji nie było. To dla nas dobry wzór. Na boisku dorównać im trudno, w rywalizacji prokuratorów szanse mamy chyba większe.