[b][link=http://blog.rp.pl/gillert/2009/02/22/chiny-coraz-wazniejszy-partner-ameryki/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Przez ostatnie lata gospodarki obu krajów związały się ze sobą tak mocno, że zaczęto wręcz mówić o jednym organizmie ekonomicznym. Brytyjski historyk Niall Ferguson ukuł nawet nazwę: Chimeryka.
Jak chimera "zwierzę" to składa się z dwóch dość odległych genetycznie (historycznie, społecznie, politycznie) organizmów. Spoiwem jest gospodarka.
Jedna strona tego dwugłowego ciała coraz więcej konsumowała, druga coraz więcej produkowała, by nadążyć za tą konsumpcją. Amerykańskie pieniądze, które trafiały w ręce Chińczyków, były reinwestowane w amerykańskie obligacje. Za pożyczone w ten sposób od Chińczyków pieniądze Amerykanie konsumowali jeszcze więcej - i tak wzajemne uzależnienie przechodziło na coraz wyższy poziom.
Krach rynku nieruchomości, który pociągnął za sobą kryzys całego sektora finansowego w USA, a potem w innych krajach, był po części wynikiem uzależnienia Ameryki od nieustannego napływu chińskich kredytów.
Amerykańska bańka pękła, ale to nie oznacza, że Chimeryka się rozpadła. Więzy wciąż są silne. Tłumy amerykańskich konsumentów, które w dobie zaciskania pasa ruszyły do tanich hipermarketów Wal-Mart czy Target, mogą poświadczyć: siedem na dziesięć produktów, jakie tam znajdą, ma metkę "Made in China".
- Razem się podniesiemy lub razem upadniemy - mówiła wczoraj w Pekinie pani Clinton. I chyba nie przesadziła, bo to Ameryka bardziej potrzebuje dziś pomocy Chin niż vice versa. Chińczycy, choć też odczuli skutki kryzysu, siedzą na wielkiej górze amerykańskiej waluty, a gigantyczne sumy, jakie administracja Obamy zamierza wydać na ożywienie gospodarki, trzeba będzie przecież od kogoś pożyczyć.
Od tego, jak Chimeryka poradzi sobie z wewnętrznymi konwulsjami, zależeć będzie kondycja całej światowej gospodarki.