Widać to wyraźnie po ich zapowiedziach. Z jednej strony Prawo i Sprawiedliwość zamierza zajmować się problemami, z którymi borykają się miliony Polaków dotkniętych przez kryzys. A – jak wiadomo – nie żyją oni wyłącznie wyjaśnianiem katastrofy smoleńskiej, kwestią niezależności od Rosji czy od Niemiec ani też walką z korupcją i układem. Znacznie poważniejszymi problemami są natomiast strach przed utratą pracy, kolejki do lekarzy czy wysokie koszty podręczników szkolnych. Dlatego też skupienie się przez PiS na tych właśnie kwestiach wydaje się naturalne. Tym bardziej że ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego musi na tym polu gonić Platformę, która wprowadziła roczny urlop rodzicielski, Kartę dużych rodzin czy obiecała darmowy podręcznik dla pierwszoklasistów.

Partia, która chce rządzić, nie może zamykać się w swych obsesjach, ?lecz powinna przygotować na tyle atrakcyjny program, by zatrzeć złe skojarzenia z IV RP.

Na wielu fortepianach chce jednak grać również lewica. W dzisiejszej „Rzeczpospolitej" Leszek Miller przyznaje, że w jego partii jest sporo osób, które uważają koalicję SLD z PiS za możliwą. Choć Miller zapewnia, że w sojusz z PiS nie wejdzie, bo nigdy nie uzna, że Lecha Kaczyńskiego zamordowano, ani nie wybaczy śmierci Barbary Blidy, to nie sposób nie podejść do jego słów jak do otwarcia negocjacji z każdym potencjalnym koalicjantem – czy byłby to PiS, czy PO.

W jego partii nie brak przecież pragmatyków, którzy po wyborach będą się spieszyć do rządzenia, nawet gdyby zwyciężył PiS. Zwłaszcza że nie tak dawno temu sam Kaczyński wyciągał do postkomunistów rękę, nazywając ich lewicowcami starszego pokolenia.

Co więc z tych wszystkich zapowiedzi wynika? Choć pomysł dziś wydaje się całkiem absurdalny, trzeba też przypomnieć stare powiedzenie, które mówi, że w polityce nigdy nie powinno się mówić „nigdy". Choć i tak ewentualne sojusze zależeć będą od wyniku wyborów za półtora roku. A w tym czasie wiele może się jeszcze zmienić. Tym bardziej że w czasie dwuletniej kampanii wyborczej wszyscy będą udawać ideowców, a po wyborach, gdy będą powstawały koalicje, nagle zmienią się w pragmatyków.