Miał uszkodzone płuca oraz przewód pokarmowy, do tego pękniętą czaszkę, złamane nos, kciuk i bark. Lekarze założyli mu 130 szwów. Dziewczyna podobno poznała go tylko dzięki fragmentom brwi i rzęs. Kiedy zajrzała do ust, zobaczyła pustkę. A właściwie wnętrze nosa, bo Jakobsen stracił dziesięć zębów, część szczęki oraz pół podniebienia.

Nigdy nie zapomnę, co wydarzyło się w Katowicach. Teraz chcę przede wszystkim poczuć się na nowo kolarzem i znów regularnie zwyciężać.

Fabio Jakobsen

Możliwe, że życie uratował mu instynkt kolegi Floriana Senechala, który przebiegł przez rozsypane barierki, klęknął, podniósł głowę Jakobsena i położył na kolanie. Krew wypłynęła z gardła, z ust. Znowu mógł oddychać. Wcześniej uderzył w asfalt, pędząc na rowerze 85 km/h. Widzowie byli w szoku. Nikt nie umiał zareagować i mu pomóc.

Wszystko stało się w Katowicach, na prostej ochrzczonej przez organizatorów Tour de Pologne „świątynią sprintu". Kolarze bujali się na rowerach, szli ławą, aż Holender Dylan Groenewegen w ferworze walki tak popchnął Jakobsena, że ten zrobił salto w powietrzu, wpadł w stojącego na poboczu sędziego i uderzył o asfalt.

Czytaj więcej

Vuelta a Espana. Fabio Jakobsen znowu to zrobił

Jak potrącone zwierzę

Sprinterzy to w kolarstwie osobna kategoria wagowa, na tle chudziutkich „górali" przypominają wręcz kulturystów. Ale Jakobsen zamienił się w inwalidę. Ocknął się dwa dni po wypadku, stało nad nim trzech lekarzy. Zapytali, czy może ruszać rękami i nogami. Kiedy potwierdził, jeden z nich oznajmił: „Wygrał pan wyścig". Inny zapytał, czy Fabio chce zobaczyć w lustrze, jak wygląda.

Zaryzykował. – Wszędzie była krew. Wyglądałem jak jedno z tych zwierząt potrąconych przez samochód – opowiadał Jakobsen reporterowi „Algemeen Dagblad".

Jego partnerka Delore nigdy nie lubiła oglądać sprintów z udziałem Fabio. – Odchodziłam od telewizora, starałam się robić coś innego. Teraz było podobnie, aż tata krzyknął, że Fabio jest z przodu i za chwilę może wygrać. Później wszystko stało się bardzo szybko. Próbowałam dzwonić do lekarza zespołu, ale nie odbierał. Spakowałam walizkę i zaczęłam się modlić – opowiada.

Czytaj więcej

Miguel Angel Lopez (Movistar)
Vuelta a Espana. Królewski atak Lopeza

Pierwsza operacja trwała pięć godzin, później lekarze podłączyli Jakobsena pod respirator. Nie mógł mówić. Komunikował się ze stojącą przy łóżku Delore, pisząc na telefonie. Lekarze faszerowali go lekami nasennymi, żeby zatrzymać ataki paniki, a za każdym razem, kiedy kolejne części jego ciała drętwiały, miał wrażenie, że umiera.

– To były najdłuższe dni w moim życiu. Nigdy wcześniej tak nie cierpiałem – mówił. Wiedział, że obok na oddziale są inni pacjenci. Dużo słyszał, działała wyobraźnia. Często dobiegał go dźwięk alarmów z sąsiednich łóżek. Dwa razy odwiedził go ksiądz. Kiedy pytał, czy może usiąść, Jakobsen lekko kiwał głową. – Nie jestem religijny. Zrobiłbym tak samo, gdyby przyszedł do mnie imam albo buddysta. Byłem zdesperowany, chciałem po prostu przeżyć – wyjaśniał.

Spędził osiem tygodni w ciemnym pokoju – bez telefonu, telewizji. Ustalił precyzyjny plan: najpierw dojść do siebie, później w pełni wyzdrowieć, wreszcie spróbować wsiąść na rower. Minęło siedem miesięcy, a on już się ścigał. Napisać: „feniks" to za mało.

Sznur dla syna

Był kwiecień, a on już przejechał pierwszy po wypadku wyścig wieloetapowy. Nie szedł jeszcze do sprintu jak w dym, pomagał Brytyjczykowi Markowi Cavendishowi. Później wystartował m.in. w Volta ao Algarve, Criterium du Dauphine, Tour de Walonnie. Ten ostatni wyścig był wyjątkowy, bo pierwszy raz walczył o etapowe zwycięstwa z Groenewegenem.

Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) po wypadku podczas Tour de Pologne zdyskwalifikowała Groenewegena na dziewięć miesięcy. To najsurowsza kara w dziejach dyscypliny bez związku z dopingiem. Holender też wówczas ucierpiał: złamał obojczyk, miał też urazy głowy i serca.

– Przez kilka tygodni nie mogłem nawet patrzeć na rower, który stał w garażu - mówił na łamach „L'Equipe". Kilka tygodni wcześniej opowiedział „Helden Magazine" o najstraszliwszym obliczu hejtu: listach z pogróżkami, policyjnej ochronie i sznurze w skrzynce na listy, który ktoś przysłał mu z życzeniem, aby powiesił na nim własnego syna.

Miał wrócić do startów po cichu, padło na Giro d'Italia. Cztery razy był w czołowej dziesiątce etapu, ale pierwszego zwycięstwa doczekał się dopiero w Tour de Walonnie. Dwa razy najszybszy był on, dwukrotnie zwyciężał Jakobsen. Podobno wcześniej spotkali się w Amsterdamie, ale według poszkodowanego sprawca wypadku do tej pory go nie przeprosił.

Czytaj więcej

Primoż Roglić
Vuelta a Espana. Primoż Roglić dał pokaz siły

Jakobsen podczas Vuelta a Espana w pierwszym starciu sprinterów był drugi, trzy z czterech kolejnych sprinterskich etapów wygrał. Wjechał na ostatni etap w zielonej koszulce lidera klasyfikacji punktowej, choć po drodze musiał jeszcze wytrwać podczas górskich wspinaczek. To może nawet większy wyczyn niż sprinterskie sukcesy.

– Wiedziałem, że po burzy zawsze przychodzą piękne dni – mówił jeszcze przed startem wyścigu, a po pierwszym etapowym zwycięstwie oznajmił: – Nie jest to mój pierwszy sukces po wypadku, ale to na pewno zwycięstwo najważniejsze. Nigdy nie zapomnę, co wydarzyło się w Katowicach. Teraz chcę przede wszystkim poczuć się na nowo kolarzem i znów regularnie zwyciężać.

Niewykluczone, że jego wypadek pomoże dyscyplinie. UCI już przed sezonem, w trosce o bezpieczeństwo zawodników, zakazała siadania na ramie podczas zjazdu, a niebawem zaostrzy reguły dotyczące barierek zabezpieczających trasę.

Szalonego finiszu w Katowicach w tym roku na trasie Tour de Pologne już nie było.