Przyjęte przez Parlament Europejski przepisy chronią prawa twórców, wydawców, producentów – wszystkich tych, którzy tworzą dzieła i nimi legalnie zarządzają. Chodzi o dyrektywę w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Tym, którzy brali sobie cudze chronione utwory bez pytania i wykorzystywali je we własnych celach biznesowych, mimo że było to zakazane, nowe prawo UE utrudni życie. Jeśli nadal będą chcieli czerpać z cudzej twórczości, muszą podpisać umowy licencyjne. Ten, kto zwróci uwagę na fakt, że i tak do tej pory też zgodnie z prawem powinni je podpisywać, a jeśli do tego nie dochodziło, można było skierować sprawę do sądu, będzie miał racę. Tyle że w rzeczywistości trudno jest walczyć mniejszym firmom i jednostkom z medialnymi gigantami.

Rację mają również ci, którzy się boją, że nowe przepisy mogą być nadużywane w celu nadmiernej kontroli publikacji, że przez przypadek legalne treści mogą być kasowane z powodu algorytmów sosowanych przez Google'a, Facebooka i YouTube'a. Jednak to te firmy powinny dołożyć starań, by tak nie było. Tak naprawdę w ich interesie będzie, by dogadać się z wydawcami i producentami. Skonfrontowane obecnie grupy żyją przecież w symbiozie – jedni generują treści, drudzy ruch. Obie strony chcą przecież zyskać uwagę użytkownika internetu, zachęcić go do pozostania w tym świecie dłużej.

Z uwagi na to, że wirtualna rzeczywistość odgrywa coraz większą rolę w naszym życiu, nadszedł czas, żeby wprowadzić do niej reguły obowiązujące w realnym świecie. Przecież reżyser, aktor, malarz czy pisarz, idąc do informatyka czy piekarza, musi zapłacić im za ich usługi. Dlaczego płacenie za obejrzenie filmu, przeczytanie artykułu lub e-booka ma być ograniczeniem wolności? Choć i tak prawo do tzw. dozwolonego użytku – czyli wykorzystywania własności intelektualnej na prywatne, niebiznesowe potrzeby zostaje. W tym przypadku opłata jest ukryta w towarze, który kupimy dzięki wirtualnej reklamie. Chodzi o to, żeby wirtualni giganci tym zyskiem z reklamy zaczęli się dzielić.

Dlaczego? Ponieważ twórcy nie mogą żyć powietrzem. Przykładem tego, jak niesprawiedliwie są traktowani, może być świat produkcji filmów dokumentalnych. Autorzy, którzy poruszają trudne społeczne tematy, kreują wysokiej klasy kino artystyczne, zarabiają grosze. Zdarza się, że producenci polskich filmów z najwyższej półki, laureaci krajowych i międzynarodowych festiwali, uzyskują jedynie zwrot kosztów inwestycji. Ich filmy oglądane są chętnie, nie przekłada się to niestety na płynące z nich dochody. Wynika to zapewne z przyzwolenia społecznego na to, że artysta może żyć ideami, ma przecież tak przyjemną i lekką pracę. Nic bardziej mylnego, niektórzy dokumentaliści, niczym dziennikarze śledczy pracują z narażeniem życia, by zebrać materiał do filmu. Poza tym wydawałoby się jest oczywistym – ale widocznie nie wszyscy chcą to zauważyć, skoro podważają prawo do wynagrodzenia ekip filmowych – że organizacja produkcji, ma mało wspólnego z beztroskim działaniem. Trzeba zająć się logistyką, księgowością i obsługą prawną.

Nie dziwi więc, że w liście przedstawicieli polskich filmowców podpisanym przez m.in. wybitnego dokumentalistę Marcela Łozińskiego, reżyserkę cenionych dokumentów „Mów mi Marianna" i „Warszawa do wzięcia" Karolinę Bielawską oraz prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich Jacka Bromskiego, autorzy zwracają uwagę na fakt, że „w ostatnich latach internet stał się jednym z najważniejszych miejsc udostępniania dóbr kultury. Tymczasem twórca jest prawie całkowicie pozbawiony możliwości czerpania zysków z cyfrowej eksploatacji jego dzieł. Przyjęcie dyrektywy pozwoli na zmniejszenie tej rażącej dysproporcji i większe poszanowanie nakładów pracy twórców".

Dodatkowym atutem nowych przepisów jest obietnica, że uzyskując od technologicznych gigantów opłaty z tytułu, jak piszą, eksploatacji utworów w środowisku cyfrowym, producenci i dystrybutorzy podzielą się tym zyskiem ze współpracującymi z nimi twórcami.

Autorka jest partnerem i radcą prawnym w MKZ Partnerzy oraz producentką filmów dokumentalnych w My Way Studio