Bardzo ostro zareagował pan na wpis na Twitterze Mai Staśko, która tzw. freak fighty na galach MMA, gdzie walczą celebryci nazwała „sportem amatorskim”. Dlaczego?

Bo tego, co się na takich wydarzeniach dzieje, w żadnym wypadku nie można nazwać sportem. To jest cyrk, a może to złe słowo, bo obrażam w tym momencie cyrkowców, którzy są zawodowcami w swoim fachu. Akrobaci z takiego Cirque du Soleil poświęcają swoje życie treningom, dochodzą do prawdziwego mistrzostwa, wykonują arcytrudne figury. Walki na galach MMA z udziałem celebrytów to nie jest sport, ani tym bardziej nie jest to dawanie przykładu młodym ludziom, o czym napisała Maja Staśko. Kiedy słyszę coś takiego, to mnie skręca.

Dawanie przykładu dzieciom, zachęcanie do sportu to dzisiaj wyzwanie?

My, sportowcy, robimy, co możemy. Pani Staśko, chcąc nie chcąc, dotknęła poważnych problemów, ale sprowadziła je do absurdu. Ta dziewczyna nawet nie odpowiedziała na moje argumenty. Uważa, że robi dobrą rzecz, a ją po prostu ktoś kupił. Mówi, że nie wolno traktować ludzi jak przedmioty, a sama dała się kupić. Może tego nie widzi, może jest cyniczna, a może zagubiona. Szkoda, że nie ma kogoś bliskiego w jej otoczeniu, kto by jej powiedział: wyhamuj. Niestety, znajdą się ludzie, którzy jej uwierzą, i to najsmutniejsze.

Jest wielu chętnych, którzy takie wydarzenie będą oglądać. Nie można tego zabronić.

Nie mówię, żeby zabraniać. Jeśli chcesz brać udział, to się bij. Powiedzmy, że to rozrywka jak każda inna i nie mam z tym problemu. Ja sam tego nie oglądam, nie popieram, ale nie będę zakazywał. Jeśli jednak pojawia się porównanie, że to też sport, jest to po prostu potwarz dla wszystkich reprezentantów kraju.

Maja Staśko ma duży zasięg w mediach społecznościowych. Może kogoś przekona po prostu do ruszania się?

To jest tym bardziej niebezpieczne, że często oglądają to bardzo młodzi ludzie. Jaki to jest dla nich przykład wychowawczy. W takich zawodach często biorą udział degeneraci moralni. Mam tu na myśli te tzw. freak fighty. Czym innym z kolei, jest samo MMA. Tam występują prawdziwi sportowcy, ludzie którzy trenują nawet dwa razy dziennie, starannie się przygotowują, dbają o regenerację, sen, odpowiednie odżywianie. Znoszą ból, bo przecież są obijani na treningach, żeby zaś dojść do mistrzostwa, pokonują długą drogę. Porównanie jednej i drugiej walki jest niepoważne. W takich wydarzeniach, jak to z udziałem Mai Staśko, raczej nie jest promowany sportowy tryb życia. Jedno z drugim się kłóci. Może ja jestem już starym dziadem, ale mnie uczono, że prawdziwy sport polega na czymś innym.

Jeśli mógłby to pan rozwinąć?

Sport to jest przede wszystkim ciężka praca, ogromne poświęcenia, na które trzeba się zdecydować przez wiele lat. Jeśli sumiennie podchodzisz do treningu, to on zawsze przyniesie efekty. Sport uprawiany za młodych lat daje lekcję na całe życie. Pokazuje, że jeśli podejdziesz do niego z zapałem, będziesz dawał z siebie wszystko, pracował, mądrze i ciężko, to osiągniesz sukces. To ma ogromny walor wychowawczy. Jako młodzi chłopcy mieliśmy różne pokusy i okazje do zrobienia wielu głupot. To, że dwa razy dziennie musieliśmy trenować i jeszcze chodzić na lekcje, uchroniło nas przed kłopotami. Do tego zawsze nas ktoś pilnował.

Bez mądrych trenerów nie ma sportu młodzieżowego...

Trenerzy czasami byli jak drudzy rodzice. Moją pierwszą trenerką była pani, którą wspominam bardzo ciepło. Potem zdarzali się tylko mężczyźni, ale byli jak ojcowie. Kiedy ktoś zawinił, to karcili, a za dobre rzeczy nagradzali.

Jeśli miałby pan przyjąć do pracy w swojej firmie kogoś, kto ma w CV sport, to od razu patrzy pan przychylniej?

Wiem, że zapewne jest zdyscyplinowany, nie boi się wyzwań, ale też nie boi się porażki. Sportowcy mają to do siebie, że jak upadną, to wstają i idą dalej. Wiedzą, że nie ma drogi na skróty. Maja Staśko potrenuje dwa, trzy tygodnie i wyjdzie do walki, ale nie będzie prawdziwą zawodniczką MMA. Do tego trzeba przejść cały cykl szkoleniowy, poświęcić się dyscyplinie. Jeśli ja teraz, w jakimś turnieju wystąpię bez przygotowania, to może zagram dobrze jeden mecz, bo jestem doświadczony, ale zaraz wyjdzie szydło z worka.

Jak zachęcić dzieci do lekcji WF? Infrastruktura jest lepsza niż kiedyś. Może niektóre dzieci boją się wyśmiania, bo czegoś nie umieją?

Infrastruktura jest lepsza niż w naszych czasach, nauczyciele zaś są coraz bardziej świadomi. Już nie ma takich nauczycieli, którzy rzucają piłkę i mówią: macie i grajcie.

Może trzeba edukować rodziców?

To nie tyle kamyczek, ale wielki głaz do ogródka nas, dorosłych. Jeśli dzieci widzą, że się ruszamy, to i same zaczną to robić. Tymczasem rodzice często wypisują zwolnienia z WF, żeby dziecko się nie przemęczyło. Na szczęście już niedługo rodzic nie będzie mógł zwolnić dziecka z zajęć. Będzie mógł to zrobić tylko lekarz specjalista, a takie dzieci zwolnione będą miały dodatkowe zajęcia, które będą je miały zachęcić do aktywności fizycznej.

Jak było u pana w podstawówce?

Za moich czasów nikt się nie zwalniał, tym bardziej że nauczyciel był bardzo dobry. Ćwiczyli wszyscy. W późniejszych klasach, w okresie dojrzewania czasami zwalniały się dziewczyny – w mojej klasie na 30 osób, były tylko dwie, ale uczęszczały na WF, żeby się ruszać. Teraz proporcje są inne.