Kiedyś jako Agnieszka z „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy stała się symbolem pokolenia. Tego, które nie chciało żyć w podwójnej moralności, tęskniło za prawdą. Grając córkę kolejarza, która robi film o przodowniku pracy z lat pięćdziesiątych, odkrywała, dla siebie i dla widzów, oszustwo komunizmu. W dżinsowej kurtce, nerwowa, rozedrgana, z papierosem w ręku, rozsadzała ekran swoją energią. Nikt wtedy tak nie grał. Wajda zaryzykował. Genialny reżyser, który zawsze powtarza, że dobra obsada filmu to 90 proc. sukcesu, dał się porwać debiutantce. Z dumą napisał w czołówce filmu: „Krystyna Janda – pierwszy raz na ekranie”.
Janda, aktorka Wajdy i Bugajskiego
Po premierze „Człowieka z marmuru” posypało się na Jandę sporo gromów. Że przeszarżowana, nieznośna. „Prawomyślni” recenzenci dawali „Człowiekowi z marmuru” odpór – dzisiaj ich recenzje wydają się żenujące, wtedy były groźne. Tak jak Kałużyński po „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego, pytający, gdzie kończy się rozprawa ze zbrodniarzami systemu, a zaczyna „szkalowanie własnego kraju”. „Przesłuchanie” to inna wielka kreacja Jandy. Aktorka zagrała tu trzeciorzędną kabaretową piosenkarkę, prostą dziewczynę, która na początku lat 50. zostaje aresztowana. Funkcjonariusze UB chcą z niej wydobyć fałszywe zeznania oskarżające jej znajomego majora o szpiegostwo. Kobieta odmawia, zostaje poddana torturom. Bita, zamykana w karcerze, podtapiana, straszona rozstrzelaniem i maltretowana psychicznie. Gdy nie wytrzymuje, próbuje popełnić samobójstwo, przegryzając sobie żyły. Ale nie zmienia zeznań. Nie jest bohaterką, po prostu wie, że pewnych rzeczy się nie robi. I znajduje w sobie dość siły, żeby dla prawdy, przyzwoitości nie ugiąć się przed machiną, która chce ją upodlić. Poniżana, nie traci godności.
Te dwie role Krystyny Jandy – w „Człowieku z marmuru” i w „Przesłuchaniu” są po prostu wielkim, zawodowym majstersztykiem. Janda – rozedrgana, przejmująca, prawdziwa – stworzyła na ekranie swój własny styl. Niepowtarzalny.