Reklama

Renate Reinsve w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dziewczyna z małej wioski

Aktorstwo wymaga, by czasem wydobyć z siebie własne lęki i niepokoje – mówi „Rzeczpospolitej” Renate Reinsve uhonorowana za rolę w filmie „Wartość sentymentalna” Europejską Nagrodą Filmową oraz nominacjami do Złotego Globu i Oscara
Renate Reinsve  w filmie „Wartość sentymentalna”

Renate Reinsve w filmie „Wartość sentymentalna”

Foto: mat. pras.

Na ostatni festiwal w Cannes przyjechała pani jako gwiazda, z kolejnym filmem Joachima Triera „Wartość sentymentalna”. 

Cztery lata po naszym, pokazywanym tu w konkursie „Najgorszy człowiek na świecie” i po wszystkim, co wydarzyło się potem, gdy odbierałam brytyjską nagrodę BAFTA i gdy trafiliśmy do Los Angeles nominowani do Oscarów, wiedziałam już, czym jest blichtr wielkiej imprezy filmowej. Ale wtedy, w 2021 r., byłam nowicjuszką, praktycznie to była moja debiutancka główna rola w kinie. Miałam 35 lat i nagle, w ciągu 24 godzin, wszystko zmieniło się w mojej karierze i w moim życiu. 

Reklama
Reklama

Przeżyła pani szok?

Szok to mało powiedziane. Ja wtedy w Cannes poczułam się jak w kompletnie nierealnym świecie. Powiedziałam sobie: „Oddychaj tą atmosferą, bo to pewnie jedyny raz w życiu”. Uroczysta premiera, setki błyskających fleszy. Mężczyźni w muszkach, kobiety w pięknych sukniach. To wszystko wydawało mi się wręcz nierealne. I nasz film! Wspaniały. Tylko ja w nim taka beznadziejna. Po prostu gówniana. Wróciłam do hotelu podłamana. A następnego dnia przeczytałam świetne recenzje. I tę w brytyjskim Guardianie: „Narodziła się gwiazda”. Może głupio o tym mówić, ale ze stresu zwymiotowałam. To ja miałam być tą gwiazdą? Dziewczynka z małej norweskiej wioski, aktorka, która chciała już rzucić swój zawód i zająć się w życiu czymś innym?  

A jednak na ostatnim festiwalu była już pani przyjmowana jako gwiazda. „Wartość sentymentalna” stała się wydarzeniem w europejskim kinie. 

To, co się stało, jest zasługą Joachima Triera. On we mnie uwierzył. Napisał dla mnie ten pierwszy scenariusz „Najgorszego człowieka na świecie”, potem podarował mi Norę z „Wartości sentymentalnej”. W pierwszym filmie dostrzegł we mnie dziewczynę, która usiłuje znaleźć swoje miejsce w świecie, świeżą, spontaniczną, trochę naiwną. A potem zobaczył, że dojrzewam, uznał, że mogę opowiedzieć o kobiecie, która po latach rozłąki od nowa poznaje ojca – teraz już starzejącego się reżysera, próbującego zrobić film o swoich doświadczeniach i zatrudnić w nim własną córkę – znaną aktorkę. Nora musi od nowa zdefiniować relacje z nim, z siostrą, która jest od niej inna, z samą sobą i swoim zawodem. Joachim zrozumiał, że ja też próbuję przetrawić wszystko, co mnie spotkało. Życiowe pasje, aktorstwo, ale także moje własne relacje rodzinne.

Takie splecenie własnego życia z życiem postaci filmowej musi być trudne.

Pewnie tak, i aktorzy tego unikają. Ale sposób, w jaki Joachim podchodzi do problemów rodziny, do uczuć, ale też do samotności wśród bliskich czy wstydu, jest niezwykły. On nigdy nikogo nie ocenia. Ani w scenariuszu, ani na planie. Jest otwarty na wszystkie sugestie aktorów. Sprawia, że w ekipie tworzy się rodzaj rodziny, w której wszyscy pracują razem, zwracając baczną uwagę na siebie. To dało mi parasol ochronny, który pozwolił mi spojrzeć wstecz.

Reklama
Reklama

Wciągały mnie rozważania egzystencjalne. Moi rówieśnicy słuchali Backstreet Boys, a ja po cichu Pink Floydów

Renatę Reinsve

A jaka była ta „dziewczynka z małej wioski”?

Inna. Może to zabrzmi dziwnie, ale wciągały mnie rozważania egzystencjalne. Moi rówieśnicy słuchali Backstreet Boys, a ja po cichu Pink Floydów. Jedno z moich pierwszych wspomnień z dzieciństwa: ktoś nachyla się nade mną i zaczyna mówić jak do malucha: słodko, zdrabniając każde słowo. Pomyślałam: dlaczego tak dziwnie się do mnie zwracasz? Poza tym ja nigdy nigdzie nie pasowałam. Rodzice zapisali mnie do harcerstwa, ale nie umiałam poddać się panującym tam regułom. Pamiętam pierwszy dzień w szkole, gdy znalazłam się w klasie pełnej równo ustawionych ławek i krzeseł. Kompletnie bezosobowej. Usiadłam gdzieś z tyłu i pomyślałam: „To mnie zabije”. Bo szkoła potrafi człowieka zglajszachtować, pozbawić osobowości. Mam tak spędzić następnych dziesięć lat? Moja rodzina prowadziła biznes budowlany, do niego też nie pasowałam. Miałam dziewięć lat, gdy babcia zabrała mnie do teatru w pobliskim mieście Drammen i to było dla mnie niewiarygodne doświadczenie. Potem, zresztą również za radą harcerzy, zapisała mnie do kółka teatralnego. Tam wreszcie poczułam się na swoim miejscu. A że z mamą było mi trochę nie po drodze, jako szesnastolatka wyszłam z domu i zaczęłam prowadzić życie na własnych zasadach. 

Niełatwe doświadczenie dla nastolatki.

Dałam radę. Z moim zespołem teatralnym trafiłam do Edynburga i zakochałam się w tym mieście. Na jakiś czas zostałam tam, pracowałam w restauracji, trochę się usamodzielniłam i po powrocie do Norwegii dostałam się do szkoły teatralnej. A dalej już poszło. Teatr, kolejne sztuki. Ale po iluś latach poczułam, że w to wszystko znów wkrada się rutyna, a nikt mi nie proponował ról w filmie. W moje zawodowe sprawy zakradła się stagnacja, nie miałam już z niego radości. Odeszłam więc z teatru i postanowiłam zmienić zawód. Zostać stolarzem, zwłaszcza, że chciałam wyremontować też swój własny dom, który kupiłam w stanie kompletnej ruiny. I wtedy odszukał mnie Joachim. Kiedyś zagrałam jakiś epizodzik w jego filmie, a on mnie zapamiętał i wrócił ze scenariuszem „Najgorszego człowieka na świecie”. Wygrałam los na loterii. 

Trier pokazał dziewczynę na rozdrożu, zagubioną, szukającą swojej tożsamości. Zmieniającą zawód i mężczyzn. Opowiedział o wyborach życiowych, o błędach, wahaniach, straconych szansach. O tym, że czasem nie jesteśmy gotowi na to, co przynosi nam los. Ciekawość, zachłanność pchają nas naprzód i nie zauważamy, co po drodze gubimy.  Mówił w wywiadach, że napisał ten scenariusz specjalnie dla pani.

Miałam szczęście, bo Joachim to niezwykły artysta i inteligentny, rozumiejący człowiek. Dał mi tekst, w którym odnalazłam siebie. Dziewczynę zagubioną w wirze codzienności, wciąż czegoś poszukującą. Zobaczyłam w tym scenariuszu całą głębię jego spojrzenia na świat. I ogromną delikatność. Znalazłam tam mnóstwo pięknych niuansów. Wyszłam z teatru, więc nauczyłam się pracować nad tekstem. A na planie zrozumiałam, jak otworzyć się na swoją bohaterkę i odnajdywać ją w sobie. Joachim stwarza świetną atmosferę, wie, o co mu chodzi w każdej scenie, ale też potrafi słuchać aktorów. Bardzo dużo mu zawdzięczam. 

Trafiliście w jakąś prawdę o pani pokoleniu.

Pewnie tak. Bo po filmie bardzo wielu ludzi mówiło mi: „To o mnie”. Młody dziennikarz spytał: „Skąd wyście o mnie to wszystko wiedzieli?”

Reklama
Reklama

Teraz pokazujecie z Trierem kolejny wspólny film. W „Wartości sentymentalnej” rozliczacie się z rodziną. Mówicie o obowiązkach, zaniedbaniach i jednak poczuciu więzi. A Joachim Trier mówi, że rolę córki-aktorki znów napisał specjalnie dla pani. 

Starałam się go nie zawieść. Zwłaszcza, że tym razem dał mi rolę bardziej dojrzałą. Już czytając scenariusz pomyślałam, że on dostrzegł we mnie coś, czego ja sama nie widziałam. Bałam się, czy spełnię jego oczekiwania. Ale jednocześnie przeżyłam coś fantastycznego. Czyjeś zaufanie człowieka uskrzydla.

Czy wychodząc na plan Triera nie ma pani w sobie obawy, że za bardzo się pani odsłoni? 

Nie. Myślę, że czasem dobrze jest stracić kontrolę nad sobą, uwolnić głęboko skrywane emocje. Wydobyć z siebie nie tylko cechy, którymi chcemy się chwalić. Także lęki, niepokoje. 

„Wartość sentymentalna” to niestereotypowa, niełatwa wiwisekcja rodziny.

W każdej rodzinie wzajemne relacje układają się inaczej. Moja bohaterka jest zupełnie inna niż jej siostra. Tak zresztą bywa, że dwie osoby rosnące i wychowane w tym samym domu, w takich samych warunkach, mogą być kompletnie różne. Ułożenie relacji z nieobecnym przez lata ojcem to fascynujący temat. A możliwość zagrania u boku Stellana Skarsgaarda? To marzenie. Stellan jest wspaniały jako aktor i jako człowiek. Zawsze marzyłam, żeby się z nim spotkać. To legenda. Spotkanie z nim na planie było czymś niesamowitym. Czułam się znów jak małe dziecko, które szuka swojej drogi. Tylko tym razem miałam obok siebie czułych, pomocnych ludzi. No i obserwowanie kunsztu Stellana to naprawdę wielki przywilej.

Ma pani jakieś inne wzory w swoim zawodzie?

Imponuje mi Sophia Loren, która rzadko mówi, jak buduje rolę, ale czasem opowiada o swoim życiu i wiem, dlaczego jest taka, a nie inna na ekranie. Aktora tworzy nie tylko technika, także – a może przede wszystkim – własne doświadczenie. Moją absolutną idolką była Diane Keaton. No i bardzo bliski jest mi David Lynch. Jego „Inland Empire” trafia w czułe punkty mojej wrażliwości. Zawsze mnie też fascynowały Bibi Andersson, Liv Ullmann czy Isabelle Huppert. 

Dzisiaj jest pani w kinie „gorącym nazwiskiem”. Na premierę czeka kilka produkcji norweskich z pani udziałem, ale też gra pani w nowych filmach Alexandra Payne’a czy rumuńskiego znakomitego reżysera Christiana Mungiu. Nie boi się pani, że to cudowny sen, z którego się pani kiedyś przebudzi?  

Nie. Wie pani, my mamy w Norwegii dziesięć ciemnych miesięcy i tylko trzy miesiące światła i lata. Nauczyliśmy się z tym żyć. Więc jeśli coś się nagle w moim życiu zawali czy się nie spełni, to spokojnie poczekam na kolejne lato.

 

Reklama
Reklama
Film
„Pan Nikt kontra Putin”: narastająca propaganda reżimu obejmuje nawet dzieci
Materiał Promocyjny
Nowy luksus zaczyna się od rozmowy. Byliśmy w showroomie EXLANTIX w Warszawie
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Film
Rok Andrzeja Wajdy rozpocznie się 6 marca
Film
Berlinale 2026: Złoty Niedźwiedź dla „Yellow Letters”
Materiał Promocyjny
Arabia Saudyjska. W krainie gościnności
Film
Berlinale: Złoty Niedźwiedź dla mocnych „Yellow Letters” na festiwalu pokaleczonego świata
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama