„Mission Impossible 7” czyli skocz to jeszcze raz, Tom

„Mission Impossible 7” ma wszystko co trzeba, by powtórzyć sukcesy tej serii.

Publikacja: 17.07.2023 03:00

Tom Cruise znów dostarcza niezawodnej rozrywki, choć wydaje się lekko zmęczony

Tom Cruise znów dostarcza niezawodnej rozrywki, choć wydaje się lekko zmęczony

Foto: Mat. Pras.

Kiedy Brian de Palma kręcił pierwszą część „Mission Impossible” w 1996 roku, Tom Cruise miał 34 lata, był żonaty z Nicole Kidman i dopiero zaczynał interesować się scjentologią. Sześć części później zmieniło się prawie wszystko poza scjentologią i tym, że Cruise nadal jest gwiazdą. Bodaj najdłużej tak mocno świecącą w Hollywood, dłużej nawet niż Leonardo DiCaprio.

Kaskaderski spin

Dobre decyzje obsadowe plus świetny PR doprowadziły do tego, że w dobie streamingów, superbohaterów i dramatów dla młodych dorosłych, 61-latek jest największą nadzieją studiów produkcyjnych, dystrybutorów i kiniarzy. Gwarantem, że srebrny ekran ma przyszłość, a latem ludzie pójdą tłumnie na kolejny hit.

Czytaj więcej

Dorociński, tylko dla „Rzeczpospolitej”, o tym jak trafił na plan „Mission Impossible”

Wskrzeszony przez niego (jako aktora i producenta) „Top Gun: Maverick” z 2022 r. pobił rekord box office ustanowiony przez „Titanica”. Kosztował 170 mln dol. i z każdym dniem przyciągał coraz więcej widzów, zarabiając ponad 700 mln dol. w Ameryce i drugie tyle na pozostałych kontynentach. Nic dziwnego, że Cruise został doceniony nawet w snobistycznym Cannes i dostał Złotą Palmę za całokształt.

Nikt dzisiaj nie przyciąga tylu widzów do kin, utrwalając ten zwyczaj w kolejnych pokoleniach, na przekór dostępności premier na Netfliksie, HBO Max czy Disney+.

Na dodatek w dobie efektów specjalnych samodzielnie wykonuje wymagające sprawności fizycznej sceny i przed każdym filmem producenci zapewniają, że takiego skoku/lotu/upadku nie wykonał do tej pory żaden aktor. W „Mission Impossible: Fallout” był to skok HALO z wysokości 9000 metrów. Teraz w „Dead Reckoning 1” Cruise skakał na motocyklu z urwiska, by za moment otworzyć paralotnię, co robi imponujące wrażenie na wielkim ekranie. I choć Ethan Hunt nigdy nie był Jamesem Bondem (nie ten styl, klasa i elegancja), to ma ten kaskaderski spin, jakiego nie miał żaden agent 007.

Czytaj więcej

130 mln dolarów wpływów w trzy dni to rozczarowanie

„Mission Impossible: Dead Reckoning 1” dotrzymuje obietnic złożonych kinomanom i przynosi 163 minuty rozrywki pełne pościgów, gadżetów i zwrotów akcji. Może tylko z romansem jest krucho, ale to zawsze było piętą achillesową tej serii. Nie czas na flirt, kiedy zegar z bombą tyka.

W tytule jest cyfra jeden, bo to nie tylko siódma część serii, ale i początek dyptyku „Dead Reckoning”, gdzie Cruise ma po raz ostatni wcielać się w agenta komórki do zadań niewykonalnych. Ale spokojnie, część pierwsza broni się jako samodzielny film. Rozpoczyna go prolog na rosyjskiej łodzi podwodnej „Sewastopol”, Marcin Dorociński zagrał tu wyrazisty epizod – kapitana okrętu, który walczy z niewidocznym wrogiem.

To na pokładzie „Sewastopola” po raz pierwszy pojawi się kluczyk, który będzie popychał akcję naprzód do ostatniej sceny. Ów klucz pomaga zarządzać Bytem, superinteligentnym systemem cyfrowym, który jest testowany przez mocarstwa. Są jednak tajemne siły bezpaństwowe, które chciałyby dostać w swe ręce Byt. Z nimi właśnie będzie walczyć Hunt.

Czytaj więcej

Co obejrzeć w kinie w wakacje? Najlepsze propozycje na lato

Robi to na różne sposoby – konno na pustynnych wydmach, na lotnisku w Abu Zabi, za kierownicą żółtego fiata 500 na ulicach Rzymu, biegając po weneckich zaułkach i wreszcie w pędzącym przez Alpy Orient Expressie. Jak w poprzednich częściach, są w „Dead Reckoning 1” pościgi samochodowe oraz piętrowe akcje sterowane ze słuchawki przez starych znajomych – Luthera (Ving Rhames) oraz Benjiego (Simon Pegg).

Nie mogło też zabraknąć masek i podszywania się pod ludzi – bodaj największego znaku rozpoznawczego tej franczyzy. Proszę nie pytać, czy ta cała anegdota o ratowaniu świata ma jakiś większy sens. Pytanie powinno brzmieć, dostarcza rozrywki? Bezapelacyjnie.

Szybkie okulary Toma

Nowy film z serii jest trochę taki jak jego gwiazdor. Pewny siebie, a jednocześnie nieco zmęczony byciem na wiecznym topie. Może dlatego już nie wypełnia każdej sceny, tylko potrafi się dzielić ekranem z innymi. Sporą rolę dostała przede wszystkim Brytyjka Hayley Atwell wcielająca się wdzięcznie w złodziejkę Grace, która zostaje wciągnięta do zespołu. Rozczarowujący nijaki jest za to główny bad guy – Gabriel (Esai Morales).

Zmęczenie Cruise’a rzuca się w oczy pomimo jego kaskaderskich popisów. Przez cały film chodzi z jednym, zasępionym wyrazem twarzy i ledwie w paru scenach zmusza się do uśmiechu. Jakby zapomniał, że nie jest Mrocznym Rycerzem, tylko wiecznie młodym, roześmianym chłopakiem w „szybkich” okularach. To w zasadzie jedyna wada tego rozrywkowego pociągu wartego kilkaset milionów dolarów.

Specjalnie dla „Rzeczpospolitej”

Marcin Dorociński, aktor, który zagrał w najnowszej części „Mission Impossible”, opowiada o kulisach pracy przy filmie w jedynym wywiadzie w polskiej prasie.

Od londyńskiego agenta dostałem informację, że mam próbować do roli kapitana okrętu podwodnego. Przyszedł fragment tekstu. Reżyserem obsady jest Robert Sterne. Gdy wysłaliśmy mu self-tape, bardzo szybko zadzwonił do mojej agentki. Zapowiedział, że tego samego wieczoru reżyser połączy się ze mną na Skypie. Oczywiście dopadły mnie wątpliwości: czy stanę na wysokości zadania, czy mój angielski będzie wystarczający dobry. No, ale na ekranie pojawia się Christopher MacQuarrie i mówi: „Cześć, Marcin. Słyszałem, że masz jutro operację kolana. Mógłbyś ją przełożyć?”. Opowiada o scenach w łodzi podwodnej, tłumaczy, dlaczego są tak ważne i dlaczego ja mu jestem potrzebny. Facet, który robi superprodukcję za pół miliarda dolarów, mówi, że potrzebuje mnie, chłopaka z Kłudzienka. Bo uznał, że „dobrze mi z oczu patrzy” i że mój bohater nie będzie samym złem. I kończy: „Jeśli zgodzisz się przesunąć tę operację kolana, już jesteś moim kapitanem”.

Pełna treść rozmowy w najbliższym „Plusie Minusie”

Kiedy Brian de Palma kręcił pierwszą część „Mission Impossible” w 1996 roku, Tom Cruise miał 34 lata, był żonaty z Nicole Kidman i dopiero zaczynał interesować się scjentologią. Sześć części później zmieniło się prawie wszystko poza scjentologią i tym, że Cruise nadal jest gwiazdą. Bodaj najdłużej tak mocno świecącą w Hollywood, dłużej nawet niż Leonardo DiCaprio.

Kaskaderski spin

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Cannes 2024. Kontrowersyjni giganci Francis Ford Coppola i Yorgos Lanthimos
Film
Cannes 2024: Yorgos Lanthimos z surrealistycznymi „Rodzajami życzliwości”
Film
Cannes 2024: Francis Ford Coppola wraca na Croisette z „Megalopolis”
Film
Trzecia miłość w trzecim sezonie „Bridgertonów”
Film
Premiera w Cannes superprodukcji „Furiosa: Saga Mad Max”