Dlaczego właśnie teraz zainteresował się pan problemem podwójnej tożsamości?

Myślę, że dzisiaj to jest problem, który dotyczy wielu osób. Otaczają nas fake newsy, na Facebooku i Twitterze ludzie często udają kogoś, kim naprawdę nie są. Mówią, że mają przyjaciół, choć w rzeczywistości nigdy tych „korespondentów” nie spotkali. Ja nie mam telewizora, social mediów, nie oglądam filmów na platformach streamingowych. Boję się rzeczywistości jak z Matrixa. Żyję jak dinozaur: kawka w kawiarni, lektura książki, spacer. Kocham poznawanie nowych ludzi, wspólne przeżywanie. Ale nie w cybeprzestrzeni, lecz w realu. Chciałem zapytać, jak to jest, gdy naprawdę ktoś decyduje się na podwójne życie.

Opowiada pan zwykle o szukaniu własnej tożsamości. Teraz sportretował pan kobietę, która przez lata żyje w dwóch rzeczywistościach.

Mroczną bohaterkę uznano by za wariatkę, chciałem, by to była kobieta pełna światła

Antoine Barraud

Cóż, możemy przeżyć tylko jedno życie. A czy nie byłoby ciekawie sprawdzić, kim bylibyśmy, gdybyśmy się urodzili z innym kolorem skóry albo choćby w innym kraju czy innej kulturze? Taki przywilej mają po części aktorzy, ale to jest wciąż świat fikcji. Ja chciałem przyjrzeć się mojej bohaterce, kto świadomie decyduje się na takie rozwiązanie w prawdziwym życiu.

No właśnie: bohaterka. Zwykle to mężczyźni pozwalają sobie na funkcjonowanie jednoczesne w dwóch domach. U pana dwie rodziny: jedną we Francji, drugą w Szwajcarii, ma kobieta.

Dlatego robiąc „Sekret Madeleine Collins”, miałem poczucie, że odkrywam w kinie jakiś nowy świat. Tak naprawdę początkowo chciałem zrobić film o kobiecie, która wciąż jest w ruchu. Przemieszcza się z jednego miejsca w inne. Samolotem, pociągiem, samochodem. Potem urodziła się idea dwóch domów w dwóch różnych krajach – jako tłumaczka Judith-Madeleine wciąż podróżuje między Paryżem i Genewą. W Paryżu ma męża i dwóch synów, w Genewie razem ze swoim partnerem wychowuje małą córkę.

Z biegiem czasu jest coraz więcej niepokoju.

Na początku to miał być dramat rodzinny: jednym z moich ulubionych tytułów jest „Sprawa Kramerów” z Meryl Streep i Dustinem Hoffmanem. Jednak w miarę pisania scenariusza moja opowieść zamieniała się w thriller. Bardzo trudno jest wieść życie w kłamstwie. To rodzi wiele stresujących sytuacji i lęk przed ujawnieniem prawdy. Przypadkowe spotkanie znajomych z „innego życia” może stać się katastrofą. Spirala strachu się nakręca, powstaje niestabilna konstrukcja, którą może zawalić drobny podmuch. Jakiś szczegół, spotkanie osoby z „innego” życia, niefortunne odezwanie się.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Długo nie ujawnia pan powodów takiego życia, ale od początku rzuca się w oczy, że nie potępia pan bohaterki.

Nie chcę powiedzieć, że kłamstwo jest sposobem na życie, że jest je łatwo usprawiedliwić, że nie powoduje szkód. Ale czasem to jedyny sposób, by zmienić swoje życie. Zawsze mnie pociągały wolność i próba doświadczania różnych dróg. Dlatego potrafię zaakceptować pragnienie człowieka, który chce być kimś innym. Judith-Madeleine nie jest złym człowiekiem, ale zaczyna gubić się w pogmatwanej rzeczywistości.

To prawda, ale film niepokoi, a pan bardzo dużo zawdzięcza Virginii Efirze.

To prawda, jej gra jest pełna niuansów. Poza tym ona ma coś, co mają tylko nieliczne gwiazdy. Na przykład Meryl Streep. Albo Maria Callas w „Medei”. Widz je kocha, niezależnie od tego, co się dzieje. Kiedy opowiada się o sprawach kontrowersyjnych i trudnych, dobrze jest mieć taką aktorkę. Gdyby nosiła w sobie mrok, po dziesięciu minutach widzowie uznaliby ją za wariatkę, osobę niebezpieczną. A ja chciałem, by to była wspaniała, niezależna, pełna światła i ciepła kobieta, która nie chce ludzi ranić.

A jednak rani, przede wszystkim swoje dzieci.

To jest czasem nie do uniknięcia. I uczciwie zadaję w tym filmie pytanie o cenę naszych wyborów.

„Sekrety Madeleine Collins” niektórzy porównują do „Zawrotu głowy”, a bohaterka nosi imiona Judith i Madeleine, tak jak u Hitchcocka.

Uwielbiam ten film. On także wskazuje, jak bardzo nie radzimy sobie z problemami tożsamości. Ale tam kobieta była ofiarą, ja chciałem, żeby stała się człowiekiem, który sam decyduje o swoim losie.

Film powstał przed pandemią. Jak żyłaby Madeleine w czasie lockdownów?

Nie wiem. Ale to nie jest reportaż, tylko kino, nie muszę o tym myśleć. Zresztą świat wraca już po pandemii do wolności.

Opowie pan kiedyś o tym, co działo się między ludźmi w ciągu tych dwóch lat?

Ja chyba nie. Pracuję teraz nad dwoma projektami: jeden z nich to monster movie, drugi – opowieść wokół „Trzech sióstr” Czechowa. Ale jestem pewien, że filmy inspirowane latami 2020–2021 powstaną, a ich twórcy będą się starali pokazać ludzi w potrzasku. Choć trochę czasu musi minąć, bo do najważniejszych wydarzeń zawsze wracamy wtedy, gdy możemy już na nie spojrzeć z dystansu, zrozumieć. Sam jestem takich filmów ciekawy.

Recenzja

Na festiwalu w Wenecji „Sekret Madeleine Collins” zyskał świetne recenzje. Ale to dziwny film. Opowieść o kobiecie, która w Paryżu ma męża, sławnego dyrygenta, i dwóch synów, w Genewie z młodszym partnerem wychowuje córkę. Jak udaje jej się tak żyć? Jest wziętą tłumaczką i stale podróżuje. Czuje się szczęśliwa, ale dzieci potrzebują matki, której wciąż nie ma. Rzeczywistość przynosi coraz więcej stresów i lęków.
Ta historia byłaby dość mocno naciągana, gdyby nie Virginie Efira. 45-letnia aktorka, była prezenterka telewizyjna, zaczęła grać po trzydziestce.
Zaczęło się od „Elle” Paula Verhoevena, dziś ma cztery nominacje do Cezara za role w „Victorii” Justine Triet (2017), „Niezatapialnych” Gilles’a Lellouche’a (2019), „Miłości niemożliwej” Catherine Corsini (2021) i „Benedetcie” Paula Verhoevena (2021), gdzie stworzyła kreację XVII-wiecznej mistyczki i lesbijki z klasztoru w Pescii. „Sekret Madeleine Collins” też zyskuje dzięki niej. Świetnie jej partnerują Bruno Salomone i Quim Gutiérrez. Po raz pierwszy widzimy na ekranie izraelskiego reżysera Nadava Lapida.