Cydr spod Grójca od miesiąca jest w sklepach. Trunek dobrze się sprzedaje, mimo że nie jest tani. W sklepach kosztuje 8–9 zł, a w restauracji trzeba zapłacić za niego nawet 12 zł.
Cydr stworzony przez Porowskiego i Hermanowicza nie walczy jednak o miano produktu masowego. Robią go wyłącznie z soku jabłkowego, a nie koncentratu. Zanim trafił na rynek, przez kilka miesięcy leżakował w piwnicach.
– Nasz cydr należy do tej samej kategorii co żywność produkowana na bazie tradycyjnych receptur czy dobrego piwa z małych browarów. Zainteresowanie nimi widoczne jest szczególnie w dużych miastach – mówi Tomasz Porowski.
Cydr Ignaców jest pierwszym w Polsce, który pojawił się na rynku po tym, gdy w połowie 2011 r. weszła w życie znowelizowana ustawa winiarska. Zawiera przepisy ułatwiające produkcję cydru na małą skalę przez sadowników.
Zgodnie z ustawą winiarską właściciel sadu może co roku wprowadzać na rynek do 10 tys. litrów cydru na uproszczonych zasadach (nie musi m.in. budować zakładu). Aby podwoić tę ilość, Porowski i Hermanowicz założyli oddzielne firmy.
Producenci Cydru Ignaców przekonali się, że polskim regulacjom daleko jest do ideału. Żeby nie tworzyć kosztownego składu podatkowego, zdecydowali się na płacenie akcyzy w formie przedpłaty. W tym wypadku trzeba zapłacić za nastaw, czyli 10 tys. litrów soku jabłkowego, który poddaje się fermentacji. W jej trakcie konieczne są usuwanie osadu i filtracja. Zostaje więc ok. 8 tys. litrów gotowego cydru.
Porowski dodaje, że kłopoty narastają, gdy korzystając z przedpłaty akcyzy, zleca się rozlanie jabłecznika profesjonalnej rozlewni. Brakuje bowiem przepisów dotyczących przewożenia cydru.
– Problemem jest też ustawowy zakaz przekazywania banderoli osobom trzecim, nawet w celu ich usługowego nałożenia. Doprecyzowanie tych kwestii z pewnością pomogłoby w rozwoju produkcji cydru w Polsce – mówi Tomasz Porowski.