W wielu spółkach PGZ ruszają inwestycje w nowe linie technologiczne, a podniesieniu ich efektywności ma sprzyjać produktowa konsolidacja.

Nic dziwnego, że temperatura i napięcie w fabrykach broni rosną – menedżerów mobilizuje zapowiedź budowania wielkiej, 300-tys. armii, którą trzeba wyposażyć w nowoczesny sprzęt, w czym firmy – nawet te z trzeciego niegdyś szeregu – dostrzegły swoją szansę.

Już w zeszłym roku widać było ożywienie – PGZ zelektryzowały nowe, ogromne kontrakty, przede wszystkim powierzenie rodzimemu przemysłowi budowy gigantycznej, wartej ok. 60 mld zł, tarczy powietrznej krótkiego zasięgu „Narew”. Udział w budowie przeciwlotniczego wielopoziomowego systemu ma dać spółkom pieniądze i nowe kompetencje, zwłaszcza w mało imponującym wciąż w zbrojeniówce segmencie rakietowym.

Stocznie z popandemicznego marazmu i spowolnienia ma wyciągnąć program okrętowy Miecznik – rozłożona na lata budowa trzech fregat wielozadaniowych nowej generacji. Wydatki na nowoczesne jednostki dla starzejącej się marynarki szacowane są na ponad 8 mld zł.

Na finiszu prób – co zapowiada decyzje o skierowaniu do seryjnej produkcji – są projekty modernizujące Wojska Lądowe. Przede wszystkim wyposażenie sił pancernych i zmechanizowanych w nowe bojowe wozy piechoty „Borsuk” ze stalowowolskiej HSW.

Czytaj więcej

Wojna w Ukrainie toruje drogę „Borsukowi"

Podczas czwartkowego briefingu zorganizowanego w warszawskiej siedzibie Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podsumowującego dokonania PGZ w minionym roku, prezesi poszczególnych spółek zdawali relację z długofalowych planów, wydatków inwestycyjnych w swoich firmach i kłopotów z rekrutacją fachowców. Ale w wynikach firm widać było przede wszystkim wielki wpływ na branżę wojny za wschodnią granicą. To zagrożenie narodowego bezpieczeństwa zaczyna dziś dyktować tempo pracy czołowych fabryk broni.

Prezes PGZ Sebastian Chwałek zapytany, na ile wycenia wartość wsparcia produktami grupy kapitałowej obrońców Ukrainy, uchylał się konsekwentnie od podawania konkretnych liczb. Potwierdził jednak, że to lwia część z 7 mld zł, o których mówili ostatnio politycy.

Pieniądze jednak nie oddają rozmiarów zaangażowania zbrojeniówki we wspieranie „przyjaciół”, jak nazywa adresatów pomocy szef PGZ. W ostatnich tygodniach nie było dnia bez spotkań i narad międzynarodowych grup roboczych, ustalających warunki współpracy przy naprawach, remontach, rewitalizacji ukraińskiego ciężkiego sprzętu w polskich zakładach.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

– Mamy warunki, aby pomagać, bo nasze armie wciąż używają podobnego uzbrojenia. Więc jak możemy, wspieramy przyjaciół – powtarza prezes Chwałek.

Szef PGZ przyznaje, że obronna grupa sukcesywnie przejmuje też od zachodnich dostawców uzbrojenia dla Kijowa obowiązki związane z bieżącym serwisem i obsługą sojuszniczego sprzętu.

– Jesteśmy w centrum wielkiej operacji wzmacniania potencjału obronnego przyjaciół i działamy jak w wielkim tranzytowym hubie – mówi Sebastian Chwałek.

Przykładów nadzwyczajnej mobilizacji sektora obronnego – pod wpływem doświadczeń z wojny u sąsiadów – nie brak.

Skarżyskie Mesko, które w strukturze PGZ jest liderem „domeny amunicyjnej” i producentem najsłynniejszych dziś polskich przeciwlotniczych lekkich wyrzutni rakietowych, tzw. manpadsów, jeszcze niedawno w pokojowym „reżimie” produkowało rocznie ok. 300 naprowadzanych na podczerwień pocisków Piorun – broni typu „wystrzel i zapomnij”. Po wybuchu wojny w Ukrainie dostawy rakiet i wyrzutni, w odpowiedzi na gwałtownie rosnące zapotrzebowanie, trzeba było podwoić.

– Jest decyzja, że w przyszłym roku będziemy gotowi do produkcji 1000 piorunów – informowała w czwartek podczas spotkania z prasą Elżbieta Śreniawska – „pani na piorunach”, która rządzi amunicyjną grupą PGZ dopiero od lipca 2021 r.