fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Powrót do barbarzyństwa

Fot. 4enarik
copyright PhotoXpress.com
Legalizacja eutanazji miała pozwolić na lepszą kontrolę zgonów w szpitalach. Wszyscy się spodziewali, że ich liczba zmaleje. A jest dokładnie odwrotnie. Powoli powstaje nowa etyka zabijania
W Holandii, Belgii, Japonii, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Australii lub Nowej Zelandii systematyczne zabijanie stało się rzeczywistością. Tam, gdzie eutanazja jest dozwolona, jest coraz częściej stosowana na życzenie rodziny pacjenta lub samych lekarzy. Wola cierpiącego chorego, który często stracił umiejętność komunikacji, nie odgrywa dla nich większej roli. - Zrobiłem to dla rodziny pacjenta. Oni nie mogli dłużej znieść jego cierpienia - tak brzmi główny argument stosujących eutanazję lekarzy. Cierpienie, które przeszkadza. Nie pacjentowi, jego otoczeniu. Matki nie chcą patrzeć na cierpienie nieuleczalnie chorego bądź upośledzonego dziecka. Dzieci na swych umierających rodziców. Lekarze zaś -świadomi, że nie mogą już pomóc pacjentowi - pozbywają się niewygodnego obciążenia.
 

Doktor ci pomoże

Holandia obchodzi uroczyście piąte urodziny ustawy, która zalegalizowała eutanazję. Publiczne radio przeprowadziło z tej okazji wywiad ze znanym lekarzem dr. Bertem Keizerem, autorem książki "Tańcząc z Doktorem D.", w której opisuje, jak przez dziesięciolecia uśmiercał pacjentów. - Wątpię, aby legalizacja zmieniła codzienną rutynę śmierci -skomentował rocznicę. -Przed legalizacją uśmiercałem ludzi, teraz robię to samo - dodał. W audycji nie wspomniano o tysiącach holenderskich pacjentów (oficjalnie holenderski resort zdrowia przyznaje, że jest ich około tysiąca), którzy są uśmiercani przez lekarzy wbrew własnej woli, ani o tym, że miesiąc wcześniej sąd najwyższy dozwolił eutanazję chorych na depresję. Zamiast tego dr Keizer tłumaczy słuchaczom, że nie może "kochać" swych pacjentów, wręcz przeciwnie, musi ich zdehumanizować. -Pamiętam, jak jeden pacjent miał wątpliwości, nie wiedział, czy chce umrzeć czy nie. Strasznie mnie to zdenerwowało. Wyobrażałem sobie, że będę musiał to wszystko kolejny raz z nim przerabiać. Pomyślałem, co za menda! - opowiada. Pozostali goście audycji serdecznie się śmiali.
O tym, w jaki sposób personel medyczny narusza prawa pacjentów, świadczy także zawartość najnowszego biuletynu informacyjnego międzynarodowego stowarzyszenia "Right to die societies" reprezentującego większość światowych organizacji walczących o prawo do eutanazji. Biuletyn podaje przypadek50-letniego chirurga szpitala Imizu w Tokio. Mężczyzna zabił między 2000 a 2005 rokiem co najmniej siedmiu chorych, odłączając ich od respiratorów. We wszystkich przypadkach "zapomniał" sprawdzić, czy jego pacjenci chcieli umrzeć. W Japonii wolno zaprzestać uporczywej terapii, jednak prawo wymaga, aby pacjent wcześniej wyraził na to zgodę.
 

Po co pytać?

Nie jest to bynajmniej przypadek odosobniony. W wielu krajach personel medyczny stosuje eutanazję niezależnie od tego, czy jest legalna lub nawet żądana przez pacjentów. Rotterdamski chirurg, członek "Światowego stowarzyszenia lekarzy, którzy szanują ludzkie życie" dr K. F Gunning wciąż próbuje zwrócić uwagę na dramatyczny wzrost przypadków "humanitarnego zabijania" w Holandii. - Lekarze coraz częściej przekraczają granice etyki medycznej - ostrzega w wypowiedzi dla "Rz". -Eutanazji jest coraz więcej, ponad połowa z nich odbywa się bez zgody pacjenta. Gunning przypomina o dwóch raportach rządowych, które jego zdaniem powinny były wstrząsnąć opinią publiczną. - W 1991 roku specjalna komisja rządowa pod kierownictwem prokuratora generalnego Remmelinka opublikowała - opierając się na zeznaniach lekarzy - raport na temat śmiertelności w szpitalach. Na 130 tysięcy zgonów, 20 tysięcy zaszło w skutek pasywnej lub aktywnej eutanazji. Tylko w połowie tych przypadków lekarze działali na prośbę pacjenta -mówi. Pięć lat później komisja sporządziła kolejny raport. Z niego wynikało, że liczba wykonanych eutanazji wzrosła do26 tysięcy -dodaje. -Obywatele się nigdy o tym nie dowiedzieli -tłumaczy. Jego zdaniem rząd obniżył dane, aby nie przerazić społeczeństwa.
Dla dr. Gunninga "mentalność śmierci" staje się powoli normą w holenderskiej praktyce lekarskiej. - Kiedy powiedziałem zaprzyjaźnionemu lekarzowi o tym, że 20 procent pacjentów umiera wskutek eutanazji, odpowiedział mi, że powinno ich być 100 procent - skarży się. Gunning opowiada o interniście, który przyjmował chorą na raka płuc kobietę. Lekarz musiał jej obiecać, że nie będzie próbował jej zabić, czego ona się strasznie bała. Po kilku dniach w szpitalu jej stan się poprawił. Kiedy lekarz pojechał na urlop, jego kolega kobietę uśmiercił. - Tłumaczył się tym, że łóżko jest potrzebne dla zdrowszego pacjenta. A kobiecie może być wszystko jedno, czy umrze teraz czy dwa tygodnie później - dodaje.
Oficjalna liczba przypadków aktywnej eutanazji maleje. Według danych centralnego biura statystyki w Hadze opublikowanych na początku lipca holenderscy lekarze i pielęgniarki uśmiercili w 2005 roku "tylko" 2297 pacjentów. Gunning uważa jednak, że jeśli się doda wszystkie przypadki podejrzanej śmierci w szpitalach, mogło ich być nawet cztery razy więcej. Nie mówiąc o tych, które nie są zgłaszane w resorcie zdrowia, ponieważ lekarzom się nie chce pisać raportów. Coraz mniej lekarzy zgłasza dokonanie eutanazji lub woli zagłodzić pacjentów na śmierć, czyli dokonać "paliatywnego usypiania".
Po uśpieniu pacjent nie otrzymuje płynów oraz pokarmu. Tak długo, aż umrze z wycieńczenia. W ten sposób umiera 46 proc. ludzi w holenderskich domach starców. Holenderskie prawo nie uznaje tej praktyki za eutanazję, tylko za formę opieki paliatywnej. Nie podlega ona więc obowiązkowi rejestracji w resorcie zdrowia. Właśnie dlatego cieszy się taką popularnością. -W ten sposób personel medyczny unika kontroli ministerstwa. Nie oto chodziło przeciwnikom eutanazji, kiedy mówili o rozbudowaniu opieki paliatywnej jako alternatywy do aktywnego uśmiercania pacjentów. Jesteśmy tym bardzo zaniepokojeni -powiedziała "Rz" Elizabeth Foam z brytyjskiego stowarzyszenia "Lekarze szanujący życie".
Innym problemem jest eutanazja noworodków. W późnych latach osiemdziesiątych ta praktyka stała się zdaniem holenderskiego stowarzyszenia lekarzy rutyną. W2004 roku szpital akademicki w Groningen przyznał oficjalnie, że od lat proponuje rodzicom uśmiercenie ich upośledzonych dzieci. W brytyjskim piśmie "The New England Journal of Medicine" holenderski pediatra drEduard Verhagen opublikował streszczenie tak zwanego protokołu z Groningen, który, jeżeli jest ściśle przestrzegany, gwarantuje lekarzom bezkarność za eutanazję noworodków. Jego zdaniem jest ich około600 rocznie. 31 procent pediatrów przyznaje się do zabijania dzieci z syndromem Downa, anacephalią lub rozszczepieniem kręgosłupa, ponieważ nie mają szans na przeżycie lub niepotrzebnie cierpią. Włoski polityk Carlo Giovanardi natychmiast oskarżył Holendrów o naśladowanie programu eugenicznego nazistów na upośledzonych dzieciach. Lekarze mu odpowiedzieli, że mimo iż rezultat jest ten sam, to działają ze szlachetniejszych pobudek: zamiast nienawiści ich motywem jest współczucie.
Te idee mają tendencję do rozlewania się poza granicę krajów, w których powstały. Dla wielu to, że coś istnieje, mimo iż jest nielegalne, jest wystarczającym powodem do zniesienia zakazu. W ten sposób we Francji lekarze wystąpili z publicznym apelem w obronie kolegów, którzy stali przed sądem oskarżeni o mordowanie pacjentów. Pod apelem opublikowanym we francuskiej gazecie "Nouvel Observateur" podpisało się ponad 2 tysiące lekarzy i pielęgniarek. Wszyscy przyznali się do tego, że regularnie uśmiercają pacjentów "z litości". Mimo iż to nie doprowadziło do legalizacji eutanazji we Francji, 40-letnia pielęgniarka Chantal Chanel i 35-letni lekarz Laurence Tramois otrzymali kary tylko dwóch miesięcy w zawieszeniu, co oznacza, że eutanazja jest w tym kraju ogólnie tolerowana.
 

Nie męcz się

Wygodniejsze i mniej obciążające moralnie jest nakłonienie kogoś do samobójstwa. Od "zestawu samobójcy" proponowanego przez australijskiego lekarza Philipa Nitschke w Internecie, zawierającego instrukcję, jak się zabić za pomocą rury wydechowej samochodu i worka plastikowego, po "kliniki śmierci" w Szwajcarii, gdzie sympatyczni i wyrozumiali humaniści pomagają zdesperowanym umrzeć "szybko i fachowo". Zamiast drzewa i sznurka, skuteczny koktajl barbituranów. Nitschke od kilku lat prowadzi warsztaty uczące australijskich staruszków produkcji zakazanych tam środków nasennych. W tym celu zmęczeni życiem emeryci zakładają na tyłach domów tajne laboratoria. Tam produkują tak zwane rajskie pigułki, które mają posłużyć im do samobójstwa. Australia zalegalizowała wprawdzie wspomagane samobójstwo w1996 roku, jednak po tym, jak Nitschke uśmiercił kilku pacjentów, rząd federalny zawiesił działanie tej ustawy.
Pośród krajów "przyjaznych dla samobójców" Szwajcaria zajmuje pierwsze miejsce. Wspomagane samobójstwo zostało tu zalegalizowane w1940 roku. Od1982 roku coraz to nowe stowarzyszenia proponują tę usługę. Najstarsze z nich, stowarzyszenie EXIT, cieszy się opinią solidnej firmy. Ta ocena bardzo się liczy w kraju, w którym za zaśmiecanie ulicy grozi kara pieniężna. "Autodeterminacja wżyciu i w umieraniu" - taki tytuł nosi katalog EXIT, który zachwala zalety umierania w godności. Pacjenci mogą to uczynić w eleganckiej siedzibie EXIT w Zurychu, którą miałam okazję zwiedzić. Sympatyczne recepcjonistki w ciemnych kostiumach, korytarze przypominające przychodnię dentystyczną, na zapleczu dyskretnie schowane "pokoje śmierci". Na stolikach w hollu leżą pisma, a kolorowe aranżacje kwiatów mają stworzyć wrażenie intymności. Kierownictwo stowarzyszenia stara się nadrobić złe wrażenie, które powstało na początku jego działalności, kiedy do mediów przeciekły informacje o okrutnym zabijaniu w dyskretnych pokoikach na zapleczu. Dziś takie rzeczy się raczej nie zdarzają. Zamiast tego organizacja stała się naturalną częścią szwajcarskiej kultury. Członkowie EXIT jeżdżą do szkół, aby opowiadać dzieciom o zaletach skutecznego samobójstwa. Każdy powinien móc umrzeć, kiedy chce i w godny sposób, to znaczy dyskretnie, nie zabrudzając przy tym wypielęgnowanych szwajcarskich ulic. EXIT ma już 50 tysięcy członków, a co roku przybywa ich coraz więcej. W sumie uśmierca z nich rocznie około 160. Za 600 franków, łącznie z pogrzebem.
W cenie jest zawarte doradztwo psychologiczne, zarówno dla samobójcy, jak i dla jego rodziny. Mimo to niejeden do dziś rozpacza nad śmiercią ojca, syna lub brata. Tak jak Christiane Wiedemann, szwajcarska dziennikarka, która musiała zaakceptować samobójczą śmierć swego ojca w siedzibie EXIT w 2006 roku. Nie przyszło jej to łatwo. Ojciec był zupełnie zdrowy. Mimo że już miał 91 lat - mówi. - Nagle powiedział, że nie chce dłużej żyć. Byłam przerażona - dodaje. - Używałam wszelkich argumentów, aby go przekonać, że jego życie jest piękne -opowiada Wiedemann dalej. Bez skutku. Kiedy nadeszła chwila odejścia, dziennikarka i jej brat pojechali na ulicę Mühlezelg 45. W dyskretnym pokoiku na zapleczu Walter Wiedemann spokojnie wypił 15-gramową dawkę pentobarbitalu. - Zasnął spokojnie. Z uśmiechem na twarzy -mówi kobieta. Olbrzymim szokiem dla nich było to, że po śmierci ojca na miejsce przybyła policja. Prawo szwajcarskie uznaje każde samobójstwo za "podejrzaną śmierć". Młody funkcjonariusz na widok zwłok Waltera Wiedemanna zwymiotował na dywan. Po policji pojawił się prokurator, który zadawał rodzinie przykre pytania. Następny na miejscu był patolog. Stwierdził zgon. - Zrobiło się nieprzyjemnie. Czułam się niezręcznie. Pełno ludzi, wszyscy patrzą się na mnie - płacze. Do dziś kobieta jest pod opieką psychologa. Ze śmiercią ojca, wbrew pozorom, nigdy się nie pogodziła. Wciąż się zastanawia nad tym, ile lat mogli jeszcze spędzić razem. - Autodeterminacja w umieraniu jest piękną zasadą, która nie wspomina o tym, że nie jesteśmy sami. Każda nasza decyzja pociąga za sobą konsekwencje dla innych. Choćby bliskich osób -uważa Wiedemann.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA