fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Unii Europejskiej już nie ma

Andrzej Talaga
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
UE, do jakiej wstępowała Polska, nie istnieje, zabił ją kryzys. To, co pozostało, przepoczwarza się w nowy byt. Kształty, które wychynęły z kokona, są dla Polski niepokojące: wielkie państwa europejskie grają na wypchnięcie nas z kręgu decyzyjnego, kto wie, czy nie wręcz na de facto cofnięcie rozszerzenia Unii o kraje z byłego bloku wschodniego.
Ubiegły tydzień zdominowały przecieki o planowanym budżecie strefy euro, który działałby równolegle z budżetem całej UE. Niby to tylko kolejna inicjatywa wzmocnienia integralności fiskalnej Wspólnoty, ale przy okazji wychodzą na wierzch groźne tendencje geopolityczne.

1.

Pakt fiskalny, choć powołany z myślą o eurozonie, jest dostępny dla wszystkich państw UE, podobnie jak unia bankowa. Obie instytucje pozostawiają chętnym otwartą furtkę. Eksluzywizm strefy euro ujawnił się dopiero przy okazji mechanizmu stabilizacyjnego (ESM), który jest przeznaczony tylko dla państw euro. Cóż, przynajmniej w teorii jest to twór czasowy, istniejący do momentu zażegnania kryzysu. Także promowany przez Berlin eurobudżet ma służyć wyłącznie członkom klubu, on jednak będzie już miał charakter trwały. Stanie się dodatkowym instrumentem pompowania pieniędzy z kasy państw zaradniejszych do kieszeni tych bardziej nieporadnych. Środki te zatem nijak nie popłyną do krajów spoza eurozony, na przykład Polski. Czy budżet euro zostanie utworzony kosztem budżetu całej UE, jeszcze nie wiadomo, ale już słychać takie głosy. Gdyby tak się stało, ucierpi na tym Polska: liczymy wszak na niemal 80 mld euro pomocy, głównie z polityki spójności w latach 2014–2020.

2.

Przepływ pieniędzy w UE ma kapitalne znaczenie dla jej przyszłej struktury. Gdzie one, tam władza. Analizując koncepcje finansowe, widać cele poszczególnych państw Unii. Polskę powinny interesować trzy najpotężniejsze – Niemcy, Francja, Wielka Brytania. Interesy żadnego z nich nie pokrywają się z naszymi, a to źle wróży. Niemcy promując nowy budżet, a wcześniej pakt fiskalny i unię bankową, dążą do pogłębienia integracji. Z Grecją czy bez niej – to sprawa wtórna. Berlin przyszykował się już wszak na jej wyjście ze strefy euro, nie jest natomiast przygotowany na rozpad całej strefy, co byłoby zabójcze dla niemieckiej gospodarki. Integracja musiałaby się odbyć wyłącznie wewnątrz strefy euro, bo tylko w jej ramach można wdrożyć mechanizmy kontroli wydatków państw oraz ujednolicić podatki. Nie ma w tym projekcie miejsca dla Polski, dopóki nie przyjmiemy euro. Francja z kolei popiera budżet, podobnie jak inne rozwiązania integrujące, ponieważ prowadzi politykę wypychania nowych członków UE poza krąg decyzyjny. Rozszerzenie osłabiło pozycję Paryża we Wspólnocie. Im mniej państw, szczególnie dużych, tym łatwiej mu współdecydować o jej losach w tandemie z Berlinem. Polska wyraźnie zawadza Francji w tych planach. Wreszcie Wielka Brytania, jak się okazało – wielki entuzjasta eurobudżetu. Londyn torpeduje integrację w ramach całej UE, ale popiera ją w strefie euro. Jeśli do niej dojdzie, pozostanie na bardzo luźnej orbicie Unii, ponosząc coraz mniej kosztów związanych z jej utrzymaniem. Budżet eurostrefy to świetna okazja, by zmniejszyć budżet całej UE, do czego Londyn dąży z wielką konsekwencją. W takiej optyce także nie ma miejsca dla Polski. Zawadzamy ze swoją obroną wielkiego budżetu Wspólnoty.

3.

Trzeba przyznać, że nasze władze mają coraz mniejsze pole do uprawiania skutecznej polityki europejskiej. Wiatr dziejów zaczął wiać nam w oczy, co poważnie utrudnia manewrowanie. Dawna wspólnotowość oparta na solidarności między państwami członkowskimi, a przede wszystkim instytucjach, głównie Komisji Europejskiej, skończyła się. Gdyby wszystko zostało jak kiedyś, mielibyśmy dużą szansę na utrzymanie pozycji szóstego najpotężniejszego państwa Unii, z którym wszyscy się liczą. Teraz już nie. Przesuwamy się na peryferie, coraz dalej od ośrodka decyzyjnego. W takiej sytuacji musimy albo budować możliwie silne państwo na orbicie zjednoczonej Europy w sojuszu z USA, albo wykonać skok do głębokiej wody, radykalnie przyspieszyć proces przyjmowania euro i stanąć u boku Niemiec; w obecnej sytuacji zapewne dałoby się wynegocjować preferencyjne warunki. I jedno, i drugie jest ryzykowne, ale po latach unijnej sielanki stajemy przed geopolitycznym wyborem, którego nie unikniemy. Do postpolitycznej i posthistorycznej Europy, którą zachwalało wielu myślicieli, znów wróciła twarda polityka oraz nie mniej brutalna historia.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA