fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

W Zakochanych w Rzymie Woody Allen wraca na ekran

„Zakochani w Rzymie"
kino świat
Po sześciu latach przerwy nowojorski reżyser znów gra w swoim filmie. I, jak zwykle, robi to znakomicie – piszą Barbara Hollender i Marek Sadowski
W „Zakochanych w Rzymie" wraca do wykreowanej przed laty postaci neurotycznego nowojorczyka, maniaka i filozofa, mistrza paradoksu, Żyda i antysemity w jednym. Choć usunął się w cień i gra niewielką rolę, sobie pozostawił najlepsze kwestie. A zawsze jego miażdżącą siłą były inteligentne, pełne autoironii dialogi. Zobacz galerię zdjęć
Jerry (Woody Allen), stary, awangardowy reżyser operowy, przyjeżdża do Rzymu, bo jego córka wychodzi za Włocha. Jerry nie umie się pogodzić ze statusem emeryta. Uważa, że ma wiele pomysłów, którymi mógłby zadziwić świat. Gdy okaże się, że przyszły teść córki - przedsiębiorca pogrzebowy dysponuje wspaniałym głosem (ale tylko pod prysznicem), widzi w tym swoją szansę. Dla Allena to okazja do bezlitosnego obśmiania miałkości i pseudoartyzmu współczesnej sztuki, dla rozgłosu nie cofającej się przed żadną głupotą.
Film zbudowany jest z czterech równoległych historii. Oprócz wymienionej jest także opowieść o architekcie (Alec Baldwin) wracającym do Rzymu swej młodości i stającym się mentorem młodego Amerykanina, studenta architektury (Jesse Eisenberg). Bohaterami pozostałych są Włosi: urzędnik (Roberto Benigni), niespodziewanie wykreowany na celebrytę, oraz młode małżeństwo, którego życie komplikuje luksusowa call-girl (zabawna Penelope Cruz).

Mój ulubiony aktor - ja

Przed rokiem, gdy dziennikarze pytali, kto znajdzie się w obsadzie „Zakochanych w Rzymie", Allen wymieniał nazwiska gwiazd, dodając: „A także mój ulubiony aktor ja!".
Ale jednocześnie zawsze powtarza, że aktorem nie jest.
- Nie gram, staję przed kamerą w swoim własnym swetrze i sztruksowych spodniach - mówił „Rz". - Mogę wcielać się tylko w postacie pisarzy, reżyserów, facetów lubiących jazz, nowojorskich inteligentów. Bo ich znam i rozumiem.
Allen nie zmienia się w duńskiego księcia, cyborga z przyszłości, kowboja, milionera czy polityka. Nie staje w samo południe naprzeciwko bandy złoczyńców ani nie ginie na wojnie pod łopoczącymi, amerykańskimi sztandarami. Od czasów „Annie Hall" i „Manhattanu w każdym wcieleniu pozostaje neurastenicznym inteligentem z Nowego Jorku. Nie gra. Jest. Starzeje się na ekranie, ale wciąż oglądamy tego samego faceta. Trochę jak z ciągnącej się latami telenoweli, tyle że inteligentnej i błyskotliwej. Od Allena nie można oderwać wzroku, bo nie nadużywa środków wyrazu, w tym swoim pozornym amatorstwie jest po prostu fantastyczny.

Z dystansem i humorem

Allen rzadko grał w filmach innych reżyserów. W latach 60. zadebiutował na ekranie w „Co słychać, koteczku?" Clive'a Donnera i Richarda Talmadge'a. W filmach Martina Ritta, Paula Mazursky'ego czy Johna Ermana wcielał się w postacie, które sam mógłby wymyślić. W epizodach - w komedii Stanleya Tucci „The Impostors" czy „Królu Learze" Jeana-Luca Godarda był na ekranie reżyserem lub montażystą Allenem. Prawdziwie zaistniał we własnych filmach - jako intelektualista z zapadniętą klatką piersiową, pełen lęków i fobii, nie dający sobie rady z niczym - z wiarą, seksem, kobietami, sztuką, z własnymi tęsknotami, ambicjami i niespełnieniem.
Widzowie zwykle identyfikują jego bohaterów z nim samym, ale on protestuje:
- Ludzie myślą, że jestem chorym na seks nadwrażliwcem, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca w życiu - mówi. - To nieprawda. Jestem zwyczajnym facetem z klasy średniej. Mam żonę, dzieci, drobne przyzwyczajenia. Jem obiad o określonej porze i na noc wracam do domu.
Ale wystarczy pociągnąć za dobry sznurek, by się przyznał do obsesyjnych lęków - przed śmiercią, starością, twórczą niemocą, tłumem, podróżami, kobietami. Tych samych, które przeżywa na ekranie. Bo w kinie toczy dialog z samym sobą. Może najszczerszy i najbardziej dramatyczny był jako starzejący się pisarz z „Przejrzeć Harry'ego" - filmie o przenikaniu fikcji i świata rzeczywistego, o męce tworzenia, o ludziach, których artysta kocha, a jednocześnie wysysa jak cytryny, sprzedając na kartach książek ich uczucia i intymne tajemnice. Czy to była spowiedź z własnych grzechów?
W ostatniej dekadzie Allen próbuje wycofać się z aktorstwa. W 2003 roku w „Życiu i całej reszcie" ustąpił miejsca młodym wykonawcom, a sam zajął pozycję guru. Jakby chciał powiedzieć: „Teraz wy będziecie cierpieć. Ja zasłużyłem sobie na spokojną starość". Po „Scoop - gorącym temacie" zniknął z ekranu na sześć lat. Ale przecież wrócił w „Zakochanych w Rzymie". Tak samo zabawny, tragiczny, pełen wahań i ambicji.
W swoim następnym filmie nie wystąpi. Ale zgodził się zagrać u Johna Turturro, bo ciągle zachowuje poczucie humoru i dystans do samego siebie. Tytuł filmu? „Wyblakły gigolo".
Reżyser w roli aktora
U innych twórców Allen grał postacie, jakie mógłby wymyślić sam. W „Figurancie" (1976) Martina Ritta był barmanem, który na prośbę pisarza z „czarnej listy" McCarthy'ego firmuje jego scenariusze, pobierając za to 10 proc. gaży. Spotyka się z producentami, bywa na bankietach, poznaje gwiazdy. Przywłaszcza cudze życie, ale przychodzi moment, gdy on też zostanie wezwany przed komisję senatora. Czy takiego filmu nie mógłby zrobić sam?
Równie „allenowskie" są „Sceny z hipermarketu"  (1991) Paula Mazursky'ego - historia małżeństwa, które w 16. rocznicę ślubu wybiera się do centrum handlowego, gdzie w tłumie, wśród bożonarodzeniowych świecidełek, wyznaje sobie wzajemne zdrady. Albo komedia „Dar z nieba" (2000) Alfonsa Arau, gdzie zagrał żydowskiego rzeźnika, który ćwiartuje żonę i zakopuje jej szczątki. Zgubiona po drodze dłoń staje się... relikwią.
W komedii Johna Ermana „Słoneczni chłopcy" Allen i Peter Falk zamienili się w starych, skłóconych ze sobą aktorów, którzy muszą pokonać wzajemne niechęci, gdy nadarza im się okazja wspólnego powrotu na ekran. To też wątek jak z kina Allena.
bh
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA