fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2012

Ci­sza, ge­niu­sze przy pra­cy

rp.pl
W nie­dzie­lę o godzinie 20.45 sa­mo Po­łu­dnie: pięk­na Ita­lia prze­ciw Hisz­pa­nii cier­pią­cej, ale wciąż wiel­kiej
Co za puenta dla trzech tygodni efektownej gry, pierwszorzędnych emocji i dobrych manier. Królowie futbolu spotykają się w Kijowie. Mierzy się dwóch trenerów, przy których zapominamy, że istnieje José Mourinho, choć przecież widujemy go na trybunach. Stają do walki o puchar drużyny pełne artystów i mądrych przywódców.
Hiszpania Ikera Casillasa, Xaviego, Andresa Iniesty, piłkarzy dających dowód, że futbol nie musi być sportem koszarowym i nawet w republice transferów można przez całą karierę nie zmienić klubu. Włochy z majestatycznym Andreą Pirlo, z Daniele de Rossim, Antonio Cassano, Mario Balotellim, zdolnymi w każdej chwili zagrać tak, że chce się, by grali  bez końca.
Mierzyli się już ze sobą na początku turnieju, rozstali przy remisie 1:1, a teraz wracają, by dokończyć pracę. Wyszli z tej samej grupy, ale innymi drogami. Hiszpania się męczy, jej karuzela podań zwolniła, komentator Reutersa zarzucił obrońcom tytułu, że ich gra ma wdzięk betonowej architektury Ukrainy.
Ale to wciąż działa i gdy Hiszpania trafi na rywala, który jej rzuca wyzwanie otwarcie, a nie tchórzliwie, to od meczów trudno się oderwać, jak od półfinału z Portugalią. Mistrzowie są nie do zniesienia, gdy mają naprzeciw siebie drużyny bez żadnego pomysłu poza obroną, wtedy dostajemy gnioty w rodzaju ćwierćfinału z Francją. Ale akurat Włosi mieli na nich sposób i mieli odwagę. To oni w Gdańsku pierwsi strzelili Hiszpanii gola, co się w trzech ostatnich wielkich turniejach udało oprócz nich tylko dwóm drużynom: Grecji  (2008) i Szwajcarii  (2010). I tylko w fazie grupowej, bo w pucharowej Hiszpania ostatniego gola straciła sześć lat temu.
Do walki o mistrzostwo Europy  stają drużyny pełne artystów i mądrych przywódców
Włosi przyspieszają z każdym meczem, Hiszpanie całą drogę przebyli z tempomatem. Tak działa świadomość tego, że bezprecedensowy trzeci tytuł z rzędu jest na wyciągnięcie ręki. I pamięć o tym, jak wyglądała droga do poprzednich sukcesów. 11 piłkarzy obecnej kadry zostało w 2008 mistrzami Europy w porywającym stylu. Aż 19 – mistrzami świata dwa lata temu (gdyby nie kontuzje Carlesa Puyola i Davida Villi byłoby takich podwójnych mistrzów w kadrze jeszcze o dwóch więcej), już w większych bólach, bo rywale nauczyli się uprzykrzać im życie.
Jak mądrze napisał komentator „El Pais", tytuły zdobywa się dzięki napastnikom, ale broni się ich dzięki obrońcom. To ze spokoju Casillasa, nieoczekiwanie dobrej współpracy Pique i Sergio Ramosa, pracowitości debiutującego w wielkim turnieju Jordiego Alby i solidności Alvaro Arbeloy bierze się dziś siła Hiszpanii. Oni dają czas drużynie, by szukała sposobu na skruszenie rywala. Nie zawsze w zachwycający sposób, ale nie przesadzajmy: w patrzeniu na to wciąż można znaleźć przyjemność, to są geniusze przy pracy, nawet jeśli przez długie chwile zajęci nieefektowną dłubaniną.
Hiszpania jest trochę jak Brazylia z mistrzostw świata w 1994 roku. Nudna, ale tylko jak na wyśrubowaną brazylijską normę. Też się zresztą wtedy mierzyła w finale z Włochami, wygrała dopiero w karnych, świat płakał razem z Roberto Baggio – jednym z idoli młodego Pirlo – ale Brazylii należał się szacunek.
Hiszpania stała się łatwym celem, ale kto pisze o tiki-takanaccio i wymęczaniu zwycięstw, nie może zapominać, że to jest drużyna piłkarzy, od których wymagamy, żeby nam dawali uczty co weekend w lidze i co drugą środę w europejskich pucharach. A teraz niektórzy słaniają się na nogach, co najlepiej widać po Xavim. Już w Lidze Mistrzów można było ostatniej wiosny zauważyć, że Xavi, nawet mimo cudów hiszpańskiej medycyny sportowej, nie jest dłużej w stanie wytrzymać rytmu sobota – środa, gdy Barcelona mierzy się z bardzo silnymi rywalami. On, długodystansowiec kadry, w Polsce i na Ukrainie człapie. Fernando Llorente jest tak wyczerpany sukcesami Athleticu Bilbao w Europie i w Pucharze Króla, że Vicente del Bosque boi się go wstawiać do składu.
Włochom dużo łatwiej siać wiatr w turnieju, bo ich reprezentacja ma kręgosłup z Juventusu Turyn (sześciu jego piłkarzy zagrało w półfinale z Niemcami), drużyny, która w ostatnim sezonie nie grała  w europejskich pucharach. I, co być może jeszcze ważniejsze, Włosi na turniej przyjechali uwolnieni od oczekiwań, uciekając na Euro jak na wakacje od afery korupcyjnej. Zwłaszcza że mistrzostwa Europy zawsze udawały się im gorzej niż mundiale. Raz tylko wygrali, gdy włoska młodzież okupowała uniwersytety i biła się z policją w 1968 roku. Potem w finale byli jeszcze w 2000, przegrali z Francją.
Dlatego sekret sukcesu obecnej kadry „La Gazzetta dello Sport" ujęła tak: „Urodziła się sierotą i wie, jak odciąć się od świata". No i ma Cesare Prandellego, który też był kiedyś człowiekiem Juventusu, choć nie miał szans zostać gwiazdą, bo grał w drużynie Michela Platiniego i Zbigniewa Bońka.
Symbolem włoskiego odrodzenia, zerwania z tradycją zwycięskiego nudziarstwa, wymuszania fauli, taniego cwaniactwa nie jest jednak Turyn i jego Juventus, tylko Florencja. To właśnie tam Prandelli był przez kilka lat Medyceuszem futbolu, a w mieście powiewały flagi z jego podobizną, bo jako trener nie tylko przeprowadził Fiorentinę przez złe czasy, budując drużynę, która oczarowała w Lidze Mistrzów w roku 2010, ale robił to z klasą, stawiając na efektowny styl. Z żadnym trenerem Fiorentina nie była tak długo jak z nim, pięć lat. Oddała go dopiero kadrze, czekającej na swojego odnowiciela. Włosi pod wieloma względami do reszty półfinalistów nie przystawali. Ich kadra to nie jest okno reklamowe słynnej szkółki piłkarskiej, tak jak Hiszpania jest reklamą La Masii (siedmiu jej absolwentów, licząc z rezerwowymi, zagrało w półfinale), Niemcy akademii Bayernu (sześciu), a Portugalia – lizbońskiego Alcochete (siedmiu).
Włosi ciągle funkcjonują w bałaganie, bez wielkich planów. – Jesteśmy rzemieślnikami w świecie industrialnym. Poświęcamy w miesiąc tyle czasu na futbol, ile Hiszpania w tydzień – mówi były trener Milanu i były dyrektor sportowy Realu Arrigo Sacchi. Ale już słynne zdanie Gianluki Zambrotty, który po roku w Barcelonie wspominał, że podał piłkę więcej razy, niż przez całe życie we Włoszech, przestaje być aktualne.
Italia 2012 przeprosiła się z piłką, nie tylko dzięki Pirlo. Jest tak różnorodna, że może dobierać broń według potrzeb. Ma też napastnika Balotellego w wielkiej formie i to jest jej przewaga nad Hiszpanią, która – mówiąc językiem ukraińskich debat telewizyjnych – musi grać bez „bolszowo forwarda".
Zanosi się na wielki wieczór, choć wspomnienie koszmarnego finału mundialu w RPA z Hiszpanią i Holandią jest przestrogą. Tyle że tam cały turniej był mało efektowny, do Euro by takie zakończenie  nie pasowało. Dziękujemy za już, ale prosimy: zagrajcie to dla nas jeszcze raz.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA